"Sprawa Sarmackiej"

Problemy Naramowic » "Sprawa Sarmackiej"

  • Przed II wojną
    Przed II wojną
  • Stan dzisiejszy
    Stan dzisiejszy
  • Elżbieta Skrzypczyńska
    Elżbieta Skrzypczyńska
  • Anna Wachowska-Kucharska
    Anna Wachowska-Kucharska

 

"Sprawa Sarmackiej" wygląda tak: mieszkańcy małych, przedwojennych domków (jak ten na zdjęciu - kliknij, aby powiększyć), które ich przodkowie wybudowali na działkach i z materiałów przyznanych przez ówczesne władze Poznania (w rejonie ulicy Sarmackiej, na skraju Naramowic, blisko ul. Umultowskiej), od 16 lat walczą o możliwość wykupienia od miasta nieruchomości, żeby wreszcie stać się pełnoprawnymi właścicielami. Już ponad półtora roku temu radni miejscy przyjęli uchwałę w tej sprawie. Dlaczego więc mieszkańcy znów utknęli w martwym punkcie?

Opowiadają panie: Elżbieta Skrzypczyńska, przedstawicielka mieszkańców, którzy zrzeszyli się w Stowarzyszeniu Sarmacka oraz Anna Wachowska-Kucharska z Rady Osiedla Naramowice, od lat wspierająca ich wysiłki.

Elżbieta Skrzypczyńska: Przez cały okres „rządów” prezydenta Grobelnego zawsze kończyło się tak samo. Kiedy wydawało się, że stoimy u progu ostatecznej, pozytywnej dla nas decyzji, to nagle zmieniały się zasady i okazywało się, że nic z tego nie będzie.

Anna Wachowska-Kucharska: Blokowano decyzję, która już już miała być wydana, bo nagle powstawał kolejny powód, żeby ją odsunąć. I zanim pochylimy się nad dzisiejszą sytuacją, chciałam wyjaśnić ważną, zasadniczą rzecz, a mianowicie, dlaczego – z punktu widzenia władz miasta – powinno się dawno „sprawę Sarmackiej” zakończyć. Otóż co roku, kiedy ustalany jest budżet miasta, jako wpływy do budżetu wyliczana jest przypuszczalna suma ze sprzedaży nieruchomości. Od trzech lat jest tak, że wpływy ze sprzedaży nieruchomości są szacowane na poziomie od 80 do 90 milionów złotych. I co się okazuje w ciągu roku? Że ani razu ta suma nie jest przez Urząd Miasta osiągana, bo została przeszacowana. A potem są takie sytuacje, jak jesienią 2014, jeszcze przed pierwszą turą wyborów, że Rada Miasta podejmowała uchwałę na wniosek prezydenta Grobelnego o udzielenie zgody na to, żeby Urząd mógł wystąpić o kolejny kredyt w wysokości 200 milionów złotych. I to nie kredyt na inwestycje, tylko wyłącznie na spłatę odsetek od już zaciągniętego kredytu na dwa miliardy złotych! To pokazuje, w jaki sposób były prezydent zarządzał naszym majątkiem i naszymi pieniędzmi. I teraz, jeżeli ustala się wpływy ze sprzedaży majątku miasta na poziomie 90 milionów złotych i za każdym razem okazuje się że te wpływy są przeszacowane, bo osiąga się z tego zaledwie trzydzieści procent, to gdzie tutaj jest sens i gdzie tutaj jest logika w blokowaniu wykupu działek przy Sarmackiej? Jeśli de facto miasto potrzebuje wpływów ze sprzedaży nieruchomości. Po co utrudniać życie mieszkańcom tego skrawka Naramowic, skoro oni czekają w kolejce, przebierają nogami i chcą te nieruchomości od miasta wykupić? Przecież to są wpływy do budżetu.  

ES: A to nie wszystko, bo przy okazji miasto odzyskałoby około 60 działek, które mogą iść na przetarg.

AW-K: Właśnie! To są działki osób, które z różnych powodów, np. finansowych, wolały zamienić je na mieszkanie komunalne, oddając parcele miastu. Dzięki temu majątek miasta się powiększa, a prezydent może te tereny wystawić na przetarg. Jeśli jednocześnie jest jakiś deweloper (a z pewnością jest!), który już czeka, bo nie ukrywajmy – Sarmacka jest na Naramowicach doskonałą lokalizacją, to mógłby na przetargu te „oddane” działki kupić. Stawianie tu domów wiąże się z naprawdę dobrymi pieniędzmi. Powtarzam: dlaczego utrudnia się wykup nieruchomości tym, którzy mieszkają już tu piąte pokolenie, chcą się wybudować, dołączyć do cywilizacji i mieć domy, jak inni w tej okolicy? Nie ma w tym logiki żadnej!

ES: Logika jest taka, że były prezydent chciał nas zmęczyć i pozbyć się stąd, żeby odzyskać całość terenu.

AW-K: Ale to już nie jest logika, tylko coś, co należałoby nazwać zupełnie inaczej…

ES: Kiedy w kwietniu 2013 roku została przez radnych miejskich podjęta uchwała o wykupie przez nas działek, dostaliśmy harmonogram od Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych, że procedury będą trwały do 560 dni.

 AW-K: To  jest niemożliwe, żeby pracownicy Komunalnych Zasobów Lokalowych potrzebowali 560 dni! Wyznaczyć termin załatwienia jakiejś konkretnej sprawy na ponad rok  to kpina. To powinna być kwestia dwóch do trzech miesięcy.

ES: Ja to konsultowałam z ludźmi, którzy uczestniczą w sprzedaży mieszkań komunalnych. Okazało się, że w ich przypadku trwa to w granicach 100 dni. Czyli dla nas zasady znów zostały zmienione z niewiadomych przyczyn. Przygotowaliśmy 15 pierwszych wniosków na tip-top do ZKZL, który miał je przekazać do Wydziału Gospodarki Nieruchomościami. I tak zaczęli się przerzucać: ZKZL z WGN-em. Po iluś moich telefonach, rozmowach, w końcu dowiaduję się, że pod koniec września ma wejść rzeczoznawca. Niby znów wszystko gotowe, działki sądownie uwolnione do sprzedaży (bo nie zakładano im nowych ksiąg wieczystych).  A we wrześniu rzeczoznawca nie wszedł. Dwa tygodnie odczekałam. Odzywam się do ZKZL, że mam informację z WGN, że 15 wysłanych wniosków jest gotowych do sprzedaży. Kiedy więc możemy się spodziewać  rzeczoznawcy oraz przekazania wniosków do prezydenta, żeby je zaakceptował? A oni mówią „Nie, nie, bo tu jeszcze stoją budynki gospodarcze, bo trzeba ponownie to sprawdzić i inwentaryzację zrobić.” Ja mówię:  „Jak to?  W tych 15 wnioskach było wszystko udokumentowane - wszystkie te kontrole techniczne, nadzór, inwentaryzacje, wszystko absolutnie, co powinno być!”„Ale nie może znajdować się więcej niż jeden budynek gospodarczy na stałe związany z gruntem.” – mówią mi. I zaczęła się jazda o te budynki. Ludzie zadeklarowali, że je rozbiorą, jeśli ma to rozwiązać problem z akceptacją przed wykupem. Nikt nie będzie miał pretensji. Ale prawda jest taka, jak się dowiedziałam w WGN, że jeżeli miasto przejęło nasze nieruchomości od skarbu państwa, to wzięło nas z całym dobrodziejstwem. Czyli zaakceptowało tamten stan i nie powinno teraz wydziwiać co do budynków gospodarczych.

AW-K: To się zgadza. Urzędnicy przyjęli stan, który zastali. Gdyby, przejmując od skarbu państwa, zażądali wcześniej likwidacji tych budynków gospodarczych, a ktoś by tego nie posłuchał, to ok, ale oni to przejęli w takiej a nie innej formie i nie mogą teraz żądać od dzierżawców nieruchomości likwidacji. Na ludziach wymusza się kolejne decyzje, oni je wykonują, a i tak pozostają w sytuacji prawnej bez zmian. A do tego pozbawia się ich budynku gospodarczego, w którym np. trzymają węgiel na opał, drewno, kosiarki, narzędzia ogrodowe. To jest skandaliczne postępowanie. Co urzędowi przyjdzie z tego, że ktoś rozbierze swoją komórkę na węgiel? Całe szczęście, że chociaż garaż wolnostojący bez podmurówki i fundamentów się nie liczy. Jak można wymuszać bezsensowne w sumie działania, nie dając jednocześnie gwarancji, że rzeczywiście tym razem urząd dotrzyma słowa? A nie rzuci następnej kłody i następnej, nie mającej zresztą żadnego umocowania prawnego? 

E.S.: Jak skończyły się rozmowy o budynkach gospodarczych, to najpierw w ZKZL ucichli, a potem wymyślili następny wymóg: fotografowanie wewnątrz mieszkań. Sprawdziłam wtedy wszystkie możliwe zasady sprzedaży mieszkań komunalnych, wszystkie harmonogramy i nigdzie nie znalazłam nawet wzmianki o zdjęciach. Poradziłam się kilku prawników i co się okazało? Nie ma w ogóle takiego zapisu - o sporządzaniu dokumentacji fotograficznej w domu. Jest to twoja prywatność i nie wolno urzędnikowi wykonywać tu zdjęć. 

AW-K:  Po to się robi inwentaryzację. Urzędnik pyta i zapisuje – na przykład: „ Tu jest kominek – czy był 80 lat temu, czy pani go zrobiła?” „ Ja zrobiłam.” - I on to notuje – że kominek wykonany został przez najemcę. „ A łazienka taka była?” „ Nie – wychodek.” No to on zapisuje – „Nakłady na wykonanie łazienki takie i takie.” I w ten sposób się to robi, a nie że ktoś przychodzi i robi fotografie wewnątrz mieszkania! To naruszenie konstytucyjnego prawa do  prywatności.

ES: Najśmieszniejsza była odpowiedź urzędu. Najpierw, jak napisałam pismo w tej sprawie, to mi w ogóle nie odpowiedzieli, tak samo zlekceważyli zapytanie od  Rady Osiedla Naramowice, która po raz kolejny ujęła się za nami. Chcieliśmy wiedzieć, dlaczego  mamy mieć fotografowane mieszkania wewnątrz, skoro nie ma takiego przepisu. Z zewnątrz można, owszem, do tego urzędnicy mają prawo, ale nie w środku. W końcu otrzymałam pismo z ZKZL-u,  że wstrzymują wniosek do czasu „wykonania inwentaryzacji fotograficznej dla potrzeb przedłożenia prezydentowi miasta poznania szczegółowego opisu nieruchomości w celu podjęcia decyzji w sprawie jej sprzedaży.” Czyli pan prezydent na podstawie zdjęć zrobionych w moim mieszkaniu miałby zadecydować, czy mi się wykup należy czy nie. To ja się pytam, po co były te wszystkie wcześniejsze inwentaryzacje, kontrole i wszystko inne, skoro ostatecznie tylko zdjęcia mają decydować. Przecież to śmieszne. 

AW-K:  I ciekawe, jak to zrobią? Zawieszą tablicę korkową w gabinecie prezydenta, przyczepią zdjęcia, ponumerują i co? Prezydent podejdzie i powie:  „Tu wygląda tak i tak, to temu nie sprzedajemy.  O, a tu mi się podoba - temu sprzedajmy” ? No przecież tylko się śmiać. Z księżyca to wszystko jest wzięte. 

ES: Jak mamy się czuć my - mieszkańcy, skoro tak jesteśmy traktowani i to od lat?

AW-K:  To są szykany. Tak jak czyściciele kamienic szykanowali lokatorów, tak tu mamy podobne w gruncie rzeczy  działania ze strony Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych, który przekształcił się w spółkę prawa handlowego, ale pozostaje jednostką organizacyjną miasta.  I nie dość że mieszkańcom tych nieruchomości nie sprzedaje, to jeszcze mnoży i wynajduje złośliwie kolejne przeszkody, czując się przy tym całkowicie bezkarnie.  W tym miejscu chciałabym poruszyć głębszą i jednocześnie ogólniejszą kwestię - społecznego wykluczenia. Cały czas tyle się mówi o zapobieganiu społecznemu wykluczeniu. C o wpływa na to, że ludzie nie czują się wyrzuceni poza nawias społeczeństwa? Po pierwsze - poczucie bezpieczeństwa, czyli własny dach nad głową, a po drugie - możliwość znalezienia pracy. A jakie poczucie bezpieczeństwa mogą mieć tutejsi mieszkańcy, skoro od 16 lat walczą o swoje domy, żyjąc wciąż w niepewności? Ja już nie mówię o tym, że rodziny mieszkają tutaj od 80 lat! Zwróćmy uwagę na różnicę miedzy nastawieniem do ludzi dzisiaj, a  tym, jak taką sytuację rozwiązywano przed II wojną.  Zobaczcie, jak prospołeczną postawę prezentowały przedwojenne władze miasta, kiedy dały to miejsce, w fatalnych latach kryzysu lat 30-tych, bezrobotnym poznaniakom – właśnie jako osobom zagrożonym wykluczeniem społecznym. Dano ziemię i materiały, a ludzie pomagali przy budowie. Powstało osiedle na 173 rodziny. Mało tego - miasto od razu pomyślało o tym, że potrzebna  będzie tutaj szkoła  i ją wybudowano. Ówczesne władze Poznania miały świadomość, że ludzi nie można pozostawić  samych sobie gdzieś na peryferiach, bez połączenia ze światem,  że ważna jest edukacja i komunikacja. Na tej właśnie logicznej, a zarazem prospołecznej zasadzie nasze miasto się rozbudowywało  i rozwijało. A teraz co? Robi się wszystko, żeby mieszkających tutaj ludzi wykluczyć, zniechęcić.  Najlepiej żeby mieli tak dość, żeby powiedzieli sami: „Dobrze, oddajemy wam te działki i domy i chcemy mieć święty spokój. Przenosimy się do mieszkań komunalnych.”

ES: Ale jak ktoś z pokolenia na pokolenie tyle lat tutaj mieszka, to trudno jest  tak  wszystko zostawić i przenieść się zupełnie gdzie indziej.

AW-K:  Ludzie są związani ze szkołą, do której chodzili, przedszkolem, generalnie - miejscem i zamiast to szanować… Teraz tyle się szumnie mówi o tożsamości, o symbolach, o sile lokalnej społeczności i „małych ojczyznach”, a tutaj chce się bezwzględnie i na zimno wyrwać ludzi z korzeniami z tej tożsamości, która wiąże ich z konkretnym miejscem. Nowy prezydent otrzymał poparcie od organizacji społecznych jako swoisty kredyt zaufania. Wystarczy teraz dopilnować sprawy Sarmackiej na zasadzie prostego dotrzymania słowa. Uchwała o wykupie została podjęta  przez Radę Miasta jeszcze w kwietniu 2013 roku i teraz chodzi tylko o to, żeby nie wymyślano kolejnych przeszkód czy warunków do spełnienia.

Podczas marcowego spotkania mieszkańców z prezydentem Jackiem Jaśkowiakiem,  przypomniano w skrócie większość zawiłości sprawy Sarmackiej. Od prób przekwalifikowania ni stąd ni zowąd terenów na ogródki działkowe, poprzez  wsteczne naliczanie czynszów, do nakłaniania mieszkańców, aby już teraz podpisywali aneksy o zrzeczeniu się roszczeń co do zwrotu poniesionych przez lata nakładów. Mieszkańcy zgadzają się, aby zrzeczenia podpisać, ale na późniejszym etapie.  Są nieufni, obawiają się, że jeśli wcześniej podpiszą zrzeczenia, miasto wycofa się i zostaną z niczym. Wywiązała się na ten temat dyskusja z obecnym na spotkaniu, byłym już prezesem ZKZL – Jarosławem Puckiem.  Zapewniał on, że doszło do nieporozumienia i że  podpisywanie aneksów do umów najmu w tej fazie nie jest  niezbędne oraz że procedury cały czas się toczą.

 Prezydent Jaśkowiak obiecał zorganizować spotkanie w sprawie Sarmackiej i rzeczywiście przedstawiciele mieszkańców wraz z panią mecenas zostali umówieni z wiceprezydent Agnieszką Pachciarz.

ES: Pani prezydent Pachciarz powiedziała, że zrzekać się będziemy naszych roszczeń dopiero przy wykupie, czyli tak, jak proponowaliśmy. Prezes Pucek miał dać nam wiele odpowiedzi na pytania postawione podczas spotkania, ale już się tego nie doczekaliśmy. Odchodząc ze stanowiska, nie odpowiedział w żadnej kwestii. Teraz czekamy więc na spotkanie z nowym prezesem.  Cały czas zapewnia się nas, że prace przygotowujące trwają. Na koniec podkreślę: podczas spotkania z wiceprezydent Pachciarz potwierdzono decyzję, że tereny przy Sarmackiej, obiecane jeszcze przed wojną naszym przodkom, zostaną nam sprzedane. 

 

Kiedy sprawa znajdzie swój szczęśliwy finał, na pewno o tym napiszemy - na łamach "Tu Naramowice" i oczywiście tutaj.