Chłopak z Naramowic w obozie Mauthausen-Gusen

Strona Główna » Chłopak z Naramowic w obozie Mauthausen-Gusen

  • Edmund Wośkowiak
    Edmund Wośkowiak
  • Pani Łucja Wielgosz - siostra
    Pani Łucja Wielgosz - siostra

 

O Edmundzie Wośkowiaku z Naramowic nie usłyszy świat. Jego postać niknie pośród tysięcy więźniów, zamordowanych w obozie koncentracyjnym Mauthausen. Nie był bohaterem, jak rotmistrz Pilecki, nie pozostawił dokumentującego jego przeżycia pamiętnika, jak Anna Frank. Na Naramowicach też nie usłyszelibyśmy o nim, gdyby nie dociekliwość pana Dawida z Towarzystwa Historyczno-Fortyfikacyjnego "Grupa Forteczna", który z zapałem tropi w naszej okolicy pamiątki wojennej przeszłości. Nie tylko dotarł do pani Łucji Wielgosz - młodszej siostry Edmunda Wośkowiaka, a potem skontaktował z nią naszą redakcję, ale także pozyskał materiały dotyczące jej brata z Archiwum Międzynarodowej Służby Poszukiwań w Bad Arolsen, które posiada ponad 30 mln dokumentów związanych z ofiarami prześladowań nazistowskich. 

Jak to się stało, że chłopak z Naramowic trafił do Mauthausen-Gusen, mającego opinię najstraszliwszego wśród obozów koncentracyjnych? Zawiniła wyłącznie młodzieńcza beztroska i typowe dla tego wieku przeświadczenie, że przecież komu jak komu, ale mnie nic złego stać się nie może. Ot, po prostu zasiedział się u panny do wieczora. Kiedy wracał, było już po godzinie policyjnej. Za Górczynem, na moście kolejowym jego i kolegę zatrzymał wartownik. Chłopaki nie chcieli się poddawać, jeden z nich uderzył wartownika, rzucili się do ucieczki. Po zawziętej pogoni, Edmunda znaleziono. Nie ulega wątpliwości, że w ujęciu chłopaka pomogli niestety Polacy, wskazując drogę i dom, w którym zdążył się ukryć.

- Jak brata wywieźli,  miałam 10 lat, wiele nie pamiętam, listy do niego pisała zawsze siostra – wspomina pani Łucja Wielgosz, z domu Wośkowiak. – Mama tak płakała, tak przeżywała, jak przychodziły listy. Trzech synów straciła na wojnie – jednego zastrzelili na ulicy, jeden zginął w Niemczech w bombardowaniu, jak był wysłany na roboty, a Edmund w obozie.

Rodzina Wośkowiaków żyła przed wojną bardzo skromnie. Dzięki ojcu, który był powstańcem wielkopolskim (niestety, zmarł przedwcześnie), otrzymali od miasta malutki domek z ogródkiem na tzw. wtedy „działkach” przy ulicy Sarmackiej. Edmund był drugim z ośmiorga dzieci, urodził się w październiku 1920 roku.

- W takim malutkim pokoiczku spaliśmy po trzy osoby w jednym łóżku, żeby się jakoś pomieścić – opowiada pani Łucja. - Starsze chłopaki osobno, Do mycia tylko miska w kuchni, więc zawsze był krzyk: „Nie właź, bo się myję!” Jak sobie przypomnę, to się wierzyć nie chce. I zawsze byliśmy czyści!  Pranie gotowało się w kotle, potem maglowało. Ile to wszystko pracy kosztowało! Edmund zawsze chodził elegancki, porządny. Jak przychodził z zabawy, ubranie od razu odwieszał do szafy. Bardzo czysty był. Gdzie pracował, nie pamiętam.

W dokumentach więziennych i obozowych w rubryce „zawód” wpisane miał „robotnik”, „ślusarz”. Dzięki dokumentom przysłanym panu Dawidowi z ITS w Bad Arolsen możemy przynajmniej częściowo odtworzyć losy Edmunda Wośkowiaka. Przebywał w różnych miejscach na terenie Rzeszy: w więzieniu w Dortmundzie, w obozie należącym do KZ Emslandlager, w Papenburgu, w Bochum. Stamtąd w styczniu 1942 napisał do brata najdłuższy zachowany list. Zawiadamiał w nim (po niemiecku, korzystając z pomocy i ręki znającego ten język współwięźnia), że został właśnie przeniesiony do więzienia Bochum-Langendreer, pracuje na kolei, dzięki czemu szybko mijają mu dni i miesiące, oraz że z nadzieją wygląda godziny swojej wolności. 

Do Mauthausen przetransportowano go w grudniu 1942 roku. Miał wtedy 22 lata. W nieludzkich warunkach tego obozu przeżył rok.

Z listu Edmunda:

„Gusen, październik 1943,

Ukochana Mamo i Rodzeństwo, Otrzymałem wasz list z 26 sierpnia. Bardzo się cieszę, że wszyscy jesteście zdrowi i mieszkacie na starym miejscu. We wrześniu otrzymałem dwie paczki, za które bardzo dziękuję.”

- Wtedy mieszkaliśmy nadal u siebie. Gdyby ojciec żył, to Niemcy by nas stąd wywieźli – komentuje pani Łucja. - Jakoś Bóg dał, że po nas nie przyszli.  A byłych powstańców wydawał jeden z Polaków! Tylko że ojciec zmarł przed wojną i widocznie nie znaleźli jego papierów. 

Inny list:

„Kochana Mamo, jestem zdrowy i mam nadzieję, że Ty również. Dziękuję Siostrze i Szwagrowi za to, że o mnie myślą, dziękuję także za koszulę i rajtuzy. Jeszcze raz dziękuję Wam za wszystko.”

- Myśmy mu wysyłali paczki, chociaż sami żyliśmy wtedy bardzo biednie – uzupełnia pani Łucja. – Jak napisał „Mamo kochana, przyślij mi rękawiczki”, to mama spruła skarpetki, żeby mu je zrobić. Chodziliśmy głodni. Na niedzielę była kasza, kapusta, trochę mięsa. Ja sobie mówiłam wtedy, że jak wojna się skończy, kupię dla siebie cały bochenek chleba. O nic mi tak nie chodziło, jak o ten chleb. Ja do dzisiaj nie wyrzucę nawet skórki!

Czy Edmund mógł napisać coś konkretnego i prawdziwego w wysyłanych z obozu, cenzurowanych listach, pisanych coraz to inną ręką raz lepiej raz gorzej władającego językiem niemieckim współwięźnia? Nie mógł, więc ograniczał się do podziękowań za paczki, zapewnień, że jest zdrowy i troski o kondycję najbliższych. Wielokrotnie powtarzają się w listach czułe zwroty: „kochany bracie”, „najukochańsza mamo” „drogi braciszku”, „mam nadzieję, że będę miał to szczęście, żeby cię zobaczyć…”

Aby wiedzieć, jak naprawdę wyglądało życie w koszmarze obozu Mauthausen-Gusen, zacytujmy wspomnienia więźnia, który przeżył - pana Stanisława Zalewskiego (publikowane niedawno w jednym z miesięczników historycznych),  przebywającego w obozie w tym samym czasie, co Edmund Wośkowiak – „Nosiliśmy kamienie z kamieniołomu do młyna – do kruszenia. Kto był słaby, ten padał pod ciężarem kamieni, a kapo dobijali takiego człowieka kijami.(…) Sztubowy na moich oczach nocami uderzał kijem w głowę ludzi idących do ubikacji, którzy słaniali się, bo byli zbyt wycieńczeni, żeby iść (…). Gdy taki człowiek dogorywał, sztubowy ze swoimi ludźmi wieszał go na rzemyku na klamce. Potrafił tak zabić w ciągu nocy kilka osób… (…) Od uderzenia zrobił mi się na twarzy ropień, bo nie było tego czym opatrzyć, (…) jeszcze gorzej było z nogą. Z niedożywienia zrobiła mi się na niej flegmona. Ta rana gniła…”

Edmund Wośkowiak zmarł 27 grudnia 1943 roku, mając zaledwie 23 lata. Ostatni, króciutki list (znów napisany przy pomocy znającego język niemiecki współwięźnia) wysłał rodzinie trzy tygodnie przed śmiercią. Pewnie już chorował, bo po raz pierwszy nie zapewnił w liście, że „jest zdrowy i czuje się dobrze”, a tylko potwierdził odbiór paczki z bielizną i jedzeniem, dodał dwa krótkie zdania, a na końcu już tylko ucałowania i pozdrowienia.

Przyczyną śmierci, jak wpisano na przysłanym rodzinie zawiadomieniu, miał być nieżyt jelita grubego. Jaka była prawda? Już się nie dowiemy. 

Edmund Wośkowiak nie ma grobu. Jego ciało zostało skremowane w obozie. Pozostało tylko nazwisko wśród 90 tysięcy innych, zapisanych na wirtualnej ścianie „Room of names”. Wchodząc na stronę poświęconą ofiarom obozu Mauthausen, w zakładkę projektu „Room of names” http://www.gedenkstaetten.at/raum-der-namen/cms/?L=1 , mogą je Państwo zobaczyć. 

Renata Zychla