Dobrze splecione wątki - rozmowa z Anną Janowską ("TN"72)

Strona Główna » Dobrze splecione wątki - rozmowa z Anną Janowską ("TN"72)

Szczupłą, energiczną sylwetkę pani Anny Janowskiej, z charakterystyczną, jasną fryzurą, kojarzy wielu naramowiczan. Nic dziwnego – pani Anna od 14 lat wychowuje nasze dzieci w dwóch przedszkolach, współorganizuje festyny dla mieszkańców, przygotowuje niezwykle oryginalne spektakle przedszkolne, otwarte dla wszystkich. Żona, mama dwójki trzecioklasistów, mieszka – jakżeby inaczej – na Naramowicach. Rozmawiamy przy herbacie, w zacisznej placówce „Gumisiów” na końcu ulicy Jasna Rola. Nie mogę powstrzymać się od banalnej może, ale nasuwającej się mi się od razu na myśl uwagi (i  pytania):

Kontakt z panią jest szalenie ożywczy, pozytywnie pobudzający. Skąd się bierze taką energię? To się ma czy trzeba w sobie pielęgnować? Co panią napędza? 

Anna Janowska (pijąc herbatę z ulubionej filiżanki w motyle - prezentu od pierwszych absolwentów): Trzeba pielęgnować. Ja też miewam okresy, kiedy ta energia ze mnie uchodzi. W pracy napędza mnie mój zespół – dziewczyny mnie mobilizują, a potem kiedy przychodzi moment, że to im się nie chce, ja z kolei je „wyciągam”. Od dwóch lat biegam, co też daje mi dużą energię, a w domu mam wsparcie męża i dzieci. Myślę, że mam szczęśliwe życie.

Jak się zostaje właścicielką przedszkola? Od razu, czy ten proces dojrzewa latami?

AJ: Od razu. Kiedyś pracowałam w przedszkolu publicznym i pewnego dnia jadąc do pracy, powiedziałam do męża, że ja tak nie mogę,  cokolwiek chciałabym zrobić, to koleżanki zniechęcają mnie, mitygują; chciałabym znaleźć takie przedszkole, gdzie mogłabym robić to, co lubię. Mąż odpowiedział krótko: „Otwórz swoje”. To był czerwiec, a we wrześniu ruszyliśmy. Na Błażeja, w bloku, wszystko przygotowaliśmy własnymi rękami. Było to przedszkole najpierw na 15 dzieci, kameralne, domowe. „Gumisie” –chciałam żeby nazwa była misiowa –isiowa, ciepła, podkreślająca, że to nie uniwersytet, tylko przyjazne,  miłe miejsce dla dzieci. Czternaście lat temu nie było w tym rejonie przedszkoli, więc szybko zaczęły pojawiać się pytania, czy może będzie więcej miejsc. Traf chciał, że poszliśmy kiedyś na spacer z psem tutaj, na Jasną Rolę, a że miejsce nam się podobało, to zorientowaliśmy się, czy działka jest na sprzedaż. Była! Szybka decyzja i postawiliśmy tu przedszkole. Miało być kameralne, domowe, zatopione w ogrodzie, takie, gdzie dzieci dobrze się czują , chcą tu wracać. I wracają, tylko już nie dzieci a młodzież. Takie przedszkole trochę jak z bajki. Czas dzieciństwa powinien być jedyny w swoim rodzaju.

Sformułowaniem „jak w bajce” przechodzimy od razu do zajęć teatralnych i wspólnych przedstawień. Kładzie Pani na nie duży nacisk. Dlaczego?

AJ: Korzyści jest bardzo dużo: przede wszystkim nasze dzieci stają się dzięki zajęciom teatralnym bardzo odważne, otwarte, nie mają problemów z wystąpieniami w szkole, są śmiałe, rezolutne. Dodam, że maluchy, które przychodzą do nas teraz, są diametralnie inne niż te sprzed 10 czy 14 lat. To już dzieci smartfonów, które wszystko mają podane i gotowe. Nie mają dawnej, naturalnej ciekawości świata. Staramy się je otworzyć, pobudzić wyobraźnię, bo przecież opowiadamy tu o rzeczach, które nie są dosłowne. Dzisiaj trzeba się dużo bardziej napracować, żeby chciały działać, uruchomiły swój potencjał. Czuję wielką radość, obserwując, jak dzieci - zwłaszcza te nieśmiałe - rozkwitają podczas występu. Na każdym spektaklu wyławiam taką perełkę! Zarazem staram się i o to samo proszę rodziców,  żeby nasze przedstawienia oglądać jako całość, jako spektakl, a nie tylko występ własnego dziecka. Przedstawienia wzięły się generalnie z mojej pasji i marzeń; na początku były skromne, ale z czasem nabrały rozmachu. Zrobiłam studia podyplomowe „instruktora teatralnego”, które bardzo dużo mi dały, usystematyzowały wiedzę i działania, otworzyły oczy na wiele zagadnień. Na scenie muszę pokazać około 40 maluchów, każdy chce zaistnieć. Jak to zrobić? To jest wyzwanie, zwłaszcza że przecież pracuje się z każdą grupą wiekową. Dzieci, które nie chcą występować, nie są zmuszane. Spokojnie czekamy, kiedy przyjdzie ta chęć pokazania się. I przychodzi. Każdy ma na scenie swoje 5 minut. Najważniejsze zadanie spoczywa oczywiście na grupie najstarszej, ale maluchy zawsze i tak kradną show!  Rodzice na początku nie chcą uwierzyć, że wystąpią wszyscy. Każda grupa uczy się swojej części spektaklu, później wszystko łączymy, a że próba generalna odbywa się tylko raz, więc każde przedstawienie jest dla mnie ogromnym stresem. Ale lubię go, bo to stres mobilizujący. Nie śpię przed występem, mąż chodzi wtedy na palcach, a ja myślę tylko o tym, co jeszcze nie zostało dopięte. Najważniejsze w tym wszystkim jest, aby nie zapomnieć, że to przede wszystkim wspaniała przygoda i zabawa. Po występie jeszcze przez długi czas dzieci odgrywają swoje i nie tylko swoje role, jeszcze długo w przedszkolu słychać muzykę ze spektaklu, uwielbiam te chwile. Role, choreografię zapamiętują błyskawicznie. Spektakle nigdy się nie powtarzają, no - raz się zdarzyło, było to ukoronowanie 10-lecia „Gumisiów” - „Dziewczynka z zapałkami”, w której grali absolwenci. Scenariusze piszę sama. Często inspiruje mnie muzyka, a każdy temat we mnie „rośnie”. Marzy mi się ludowe przedstawienie, z wykorzystaniem wędrówek Pyzy – ale to jeszcze przede mną. Przychodzi taki moment, kiedy pomysł wpada, wtedy siadam i piszę. Moja kadra zawsze mnie dopinguje, tym bardziej że piszę zawsze w przedszkolu, nie w domu. Nasz choreograf Paweł Wojtasiewicz przygotowuje muzykę do mojego scenariusza. Jego kontakt z dziećmi jest nadzwyczajny - jak „Wujcio Pafcio” wchodzi, to jest pisk i szaleństwo.

Podczas teatralnych ferii nasze przedszkolaki same przygotowywały „Kopciuszka”: wybierały stroje, robiły scenografię, dwie dziewczynki zostały reżyserami, rozdawały dzieciom role. Wiedziały doskonale, w jakiej roli,  które dziecko będzie się dobrze czuło! ”. W przeciągu tygodnia powstał „Kopciuszek. Potem przyszła kolej na wiersze Tuwima  - to była ogromna przyjemność stać trochę z boku i obserwować, jak dzieci pracują, jak powielają nasze zachowania, nasze sformułowania  -bo są doskonałymi obserwatorami.  

Wszystko, co robimy, w dzieciach pozostaje, dlatego zależy mi dodatkowo na kształtowaniu w nich poczucia estetyki i dobrego smaku, zwracamy uwagę na kulturę. Zwracamy uwagę na szczegóły, na pięknie nakryty stół, elegancki wygląd na święta, albo kiedy jedziemy do teatru. To jest ważne  i procentuje w dalszym życiu, nauczenie tego dzieci uważam za nasz obowiązek.

Pani działalność wychodzi poza ramy przedszkola - pikniki dla mieszkańców, otwarte spektakle. Dlaczego?

AJ: Bo lubię. Kiedy przyjdzie taki rok, że już nie będzie mi się chciało, to będzie źle. Nie lubię się zamykać. Każdy z nas robi coś innego, warto wymieniać się doświadczeniami. W dodatku to przynosi mi ogromną satysfakcję. Jestem człowiekiem, który lubi wszystko robić na 100% i otaczać się ludźmi kreatywnymi. Dlatego razem z moim zespołem wciąż szukamy nowych wyzwań. Chcemy zrobić spektakl dla seniorów, rozmawialiśmy już z Centrum Inicjatyw Senioralnych. Seniorom, którzy nie mają wnucząt, albo mają je daleko, obce dzieci potrafią dać dużo radości. Z Kingą Kulką z Edu Arto i Martą Wieczorek z Miniakademii jesteśmy podobne, dlatego dobrze nam się współpracuje, wspieramy się, jesteśmy dla siebie pomocą.  Stworzyłyśmy zespół. Ja jestem zresztą zawsze otwarta na współpracę czy pomoc. 

Zaangażowała się Pani mocno w akcję pomocy Michasiowi Milczarkowi, absolwentowi „Gumisiów”, który walczy z ciężką chorobą. Spektakl „Zagubiona gwiazdka” był mu dedykowany…

AJ: W przypadku Michała nie wyobrażałam sobie że mogłabym stanąć obok i nic nie robić. Dwa lata temu, kiedy grał u nas Piotrusia Pana, był zdrowym, radosnym przedszkolakiem, a dzisiaj jest chory. „Zagubiona gwiazdka” była spektaklem szczególnym, niezwykłym. Wszystko, co się zadziało na przedstawieniu, było głęboko z serca i ze mnie wyciągnięte. Pomoc dla Michała wyszła zresztą daleko poza Poznań, a to, co towarzyszyło zbiórce, było ogromnym zastrzykiem wsparcia i energii dla jego rodziców – niezwykle skromnych, sympatycznych ludzi. Pieniądze zostały zebrane, Michał ma jechać na immunoterapię do Niemiec, jest teraz po długiej chemioterapii. Pamiętam, jak przeżywałam, kiedy mój syn miał operację wyrostka, a przecież cóż to znaczy w porównaniu z tym, z czym muszą się zmierzyć Michał i jego rodzice. Ale płynie do nich masa dobrej energii. Akcja uruchomiła nadzwyczajne pokłady.

Każdego rozmówcę z rubryki „Ludzie z Naramowic” pytam o naszą dzielnicę. Za co ją Pani lubi, a co się w niej nie podoba?

AJ: Mieszkam tutaj od 18 lat, pamiętam piękne, puste Naramowice, otoczone laskiem, mieszkałam kiedyś przy Błażeja. Sarny podchodziły pod okno. Teraz jest gęsto… Lubię miejsce, w którym mieszkam – trochę w mieście, trochę na wsi; jest tu oddech, o każdej porze roku pięknie. Mam swoje ulubione punkty, znam tu bardzo wielu ludzi, czuję się u siebie. A co razi? Tłok, nerwowość, brak życzliwości. Jedno słowo wywołuje dyskusję i lawinę niepotrzebnych słów, ale to chyba akurat nie tylko na Naramowicach. Zdanie bez podtekstu powoduje wysyp negatywnych komentarzy. Dlatego ja działam na najwdzięczniejszej płaszczyźnie – wśród dzieci. Staram się być dobrym człowiekiem, nikomu nie zawadzać. Wolę współdziałać niż krytykować. Sama wiem, że czasem jedno rzucone mimochodem zdanie podcina skrzydła człowiekowi, który włożył w coś masę wysiłku. Za łatwo rzucamy negatywne komentarze.

Widać, że praca Panią pochłania, ale jednocześnie splata Pani w swoim codziennym życiu różne wątki, jak się zdaje - nad wyraz umiejętnie. Proszę o tym opowiedzieć.

AJ: Traktuję „Gumisie” nie jak firmę, ale trzecie dziecko, a właściwie nawet pierwsze bo pierwsze się pojawiło. Żyję problemem każdego mojego przedszkolaka i każdego rodzica. Spędzamy tu przecież razem wiele godzin, nikt nie może być nam obojętny. Widzę, jak zawiązują się tutaj przyjaźnie, które trwają latami - moja pierwsza grupa absolwentów trzyma się do dzisiaj! Co roku z okazji Dnia Dziecka rodzice dzieciom wystawiają spektakl. Kiedy przełamią opory i w to wchodzą - nakręcają się robią niesamowite rzeczy, zaczynają się poznawać, integrują się. Chcę, żeby mieli do nas zaufanie, żeby dobrze się tu w „Gumisiach” czuli. Teatr nas łączy i otwiera. 

Mąż wspiera mnie i pomaga. Działa w zupełnie innej branży, ale ma spojrzenie z boku, które wstawia mnie zawsze w odpowiednie ramy. Mam w domu dwójkę dzieci na które bardzo czekałam. Dopiero co szły do przedszkola, a już kończą trzecią klasę w „Łejerach”. Staram się pokazać im, że kiedy komuś dzieje się krzywda, nigdy nie powinniśmy stać obojętni. Zosia i Antek, chociaż są dopiero w trzeciej klasie, są pierwsi, kiedy trzeba pomóc. Myślę, że widzą to u mnie i mojego męża – nie stoimy obok, nie czekamy, nie oglądamy się na innych, tylko kiedy trzeba - pomagamy. To my dorośli uczymy nasze dzieci zauważania innych. Takie stare harcerskie wychowanie. Długie lata byłam harcerką, miałam swoje zuchy, prowadziłam drużynę przez całe liceum. A studia? Nie było dla mnie innej opcji – tylko pedagogika. Skończyłam resocjalizację a później wychowanie przedszkolne. Jako wychowawca zwracam uwagę, żeby być zwyczajnie dobrym dla drugiego człowieka, nie osądzać niepotrzebnie, być otwartym na inność. Taka staram się też być prywatnie. 

Rozmawiała: Renata Zychla