demo sklepu z ceramikami demo sklepu artystycznego

przykłady galerii internetowych przykłady galerii www

Guntershausen - wojenne Naramowice

Strona Główna » Guntershausen - wojenne Naramowice

  • Michał Mleczko
    Michał Mleczko
  • Książeczka zatrudnienia
    Książeczka zatrudnienia
  • Wpisy w książeczce zatrudnienia
    Wpisy w książeczce zatrudnienia
  • Drewniany naramowicki kościół
    Drewniany naramowicki kościół
  • Niemcy przy schronie  piechoty. W tle Lechicka.
    Niemcy przy schronie piechoty. W tle Lechicka.
  • Żołnierze niemieccy przy ul. Lechickiej, rok 1944
    Żołnierze niemieccy przy ul. Lechickiej, rok 1944
  • Okrutny zarządca Lausen
    Okrutny zarządca Lausen
  • Błogosławiony ksiądz Putz
    Błogosławiony ksiądz Putz
  • ksiądz Antoni Hałas
    ksiądz Antoni Hałas
  • Okupacyjny dowód osobisty
    Okupacyjny dowód osobisty
  • Zniszczony dwór naramowicki
    Zniszczony dwór naramowicki

„Wojna światowa - co za straszny tytuł wydarzenia w tej kronice” – tymi słowami rozpoczął swój pierwszy powojenny wpis Michał Mleczko – długoletni kierownik naramowickiej Szkoły Powszechnej przy ul. Rubież. Kiedy wiosną 1945 roku, jeszcze przed zakończeniem wojny, ale po wyzwoleniu Poznania, zabrał się za to, co uważał za swój święty, nauczycielski obowiązek, czyli jak najszybsze uruchomienie szkoły i zajęć dla dzieci –  jako człowiek skrupulatny czuł, że musi również wypełnić pięcioletnią lukę w szkolnej kronice odpowiednim wpisem. Posiłkując się nim, a także korzystając z innych źródeł, wracamy dzisiaj myślą do wojennych dni.

Naramowice ujrzały niemieckie wojsko wkraczające do wsi 10 września 1939 roku. Już następnego dnia Niemcy wpadli do szkoły, rozbijając, tłukąc, drąc i niszcząc, co tylko wpadło im w ręce. Oczywiście na początek poszły godła, marmurowa tablica upamiętniająca stulecie szkoły, portrety przedstawicieli władz państwowych i słynnych Polaków. Zabrali szkolne radio, ledwie kilka miesięcy wcześniej z wielką dumą uruchamiane przez kierownika Mleczko w asyście fundatorów. Weszli bez ceremonii do mieszkań nauczycieli, konfiskując także ich prywatne radioodbiorniki. Michałowi Mleczce udaje się na szczęście zawczasu ukryć i zabezpieczyć 14 worków książek i dokumentów szkolnych, które dzięki niemu unikną zniszczenia.

Niemcy rozpanoszyli się sprawnie i szybko. Koniec Polski. Szkoła – zamknięta, pamiątkowa figura Matki Boskiej Królowej Korony Polskiej – rozbita, drewniany kościółek, pierwszy naramowicki kościółek, niedawno dopiero ofiarnością wielu ludzi wybudowany – zamknięty i przerobiony na magazyn skór, naczyń i odzieży, nauczyciele – wyrzuceni z mieszkań, które obejmują oczywiście Niemcy. Wszelkie organizacje i stowarzyszenia kościelne zostają rozwiązane. Nie ma już Naramowic, jest Guntershausen, nie ma Naramowickiej – jest Wissmannstrasse. Każda zresztą ulica i każde miejsce otrzymuje nową, niemiecką nazwę. 

„Za 50 lat będzie tu kwitnący kraj niemiecki, gdzie nie będzie ani Polaka, ani Żyda! Taka jest prawda. Jeśli ktoś mnie spyta, gdzie będą, odpowiem: nie wiem. W Palestynie albo na pustyni Sahara, to mi zupełnie obojętne. Ale tu będą mieszkać ludzie niemieccy!" – mówi o Warthegau (bo tak nazywa się obszar województwa poznańskiego włączony wraz z częścią innych, m.in. łódzkiego i pomorskiego do Rzeszy Niemieckiej dekretem Adolfa Hitlera z 8 października 1939 roku) dygnitarz partyjny Robert Ley.

Niemieckie porządki

Z dniem 1 kwietnia roku 1940 roku na mocy wydanego trzy miesiące wcześniej zarządzenia namiestnika Rzeszy cały teren Naramowic zostaje przyłączony do Poznania (w roku 1925 włączono bowiem „dworski” obszar, nie całość wsi).

Obok kościoła, będącego teraz magazynem, Niemcy dobudowują dwa baraki o tym samym przeznaczeniu, a niedokończony przed wybuchem wojny dom katolicki, czyli parafialną świetlicę (budynek dzisiejszego wikariatu), przykrywają dachem i również przeznaczają na skład. Szkołę przy Rubieży, a raczej przy Reimarstrasse, zajmuje na swoje potrzeby wojsko, w ostatnim roku okupacji mieści się w niej dowództwo Luftschutzu, czyli paramilitarnej organizacji obrony przeciwlotniczej dla terenów przemysłowych. Niemal każdy miesiąc przynosi kolejne zarządzenia, kolejne zakazy, kolejne szykany wobec Polaków, łącznie nawet z tą, że nie wolno im (poza specjalnym zezwoleniem) jeździć na rowerze.

Niemcy szukają powstańców wielkopolskich. Mają swoje listy. Adresy podsuwają im niekiedy kolaboranci, „farbowani Niemcy” z Piątkowa czy Umultowa. Wiadomo nie od dziś, że produktem ubocznym wojny są podłość, tchórzostwo i zaprzaństwo. Najstarsi naramowiczanie pamiętają jeszcze myszkowanie po osiedlu drewnianych domków przy Sarmackiej, gdzie mieszkali powstańczy weterani.

Dwór naramowicki wraz z rozległym gospodarstwem rolnym dostaje się na wiosnę 1941 pod zarząd Uniwersytetu Poznańskiego i pracuje pełną parą. Przecież Artur Greiser – namiestnik Kraju Warty – obiecuje Hitlerowi: „Wodzu, ten kraj jest nie tylko niemiecki, ale stanowi on także bazę żywnościową twojego narodu po wsze czasy!”. W to zadanie włączone  jest także Guntershausen.

Naramowickim gospodarstwem kieruje major SS, a zarazem profesor i rektor Peter Carstens. Dyrektorem jest niejaki Unger. „Ci dwaj oprawcy bili i katowali polskich robotników za najmniejsze przewinienie. Bili bez litości bykowcami, tak mężczyzn, jak kobiety. Głowa, twarz, szyja czy oczy lub uszy nie stanowiły u nich różnicy. Do pomocy dobierali sobie odpowiednich oprawców. Pierwszym takim przez nich dobranym pieskiem był Hans Geisler, syn dyrektora banku niemieckiego z czasów przedwojennych, który tu dorobił się majątku i wybudował sobie okazałą willę w Sołaczu” – wspomina z goryczą w szkolnej kronice Michał Mleczko, będący naocznym świadkiem wszystkich opisywanych wydarzeń, ponieważ po tym, jak traci swoją nauczycielską pracę i mieszkanie, zatrudnia się właśnie w naramowickim gospodarstwie dworskim. Początkowo jest tam zwykłym robotnikiem, celowo i wręcz pokazowo upokarzanym wobec innych pracowników, z czasem jednak dostaje inną pracę.  Do jego obowiązków należy ewidencja bydła oraz dokładna rejestracja każdego z dwóch dziennych udojów. Już od świtu odbiera, waży i zapisuje ilość mleka od każdej krowy, przekazując je następnie do mleczarni. Niewdzięczne to zajęcie, w dodatku obarczone ryzykiem, gdyż nauczyciel każdorazowo stara się przekazać nieco mleka na potrzeby tutejszych dzieci, co oczywiście jest surowo zabronione. Nie ma mleka dla Polaków! 

Michała Mleczkę zdumiewa eskalacja nienawiści u Niemców, którzy żyli między Polakami od urodzenia i którym nigdy nie działa się tu krzywda: „Hans Geisler ukończył gimnazjum w Poznaniu i wychował się wśród Polaków. Ten kat bił ludzi bez litości, gorzej od bydła. Kobietom kazał się kłaść na biurku i siekł bykowcem bez litości i bez zastanowienia. Powołany do służby wojskowej, odszedł na front z bólem serca i strachem. Jego stanowisko zajął godny jego następca Lausen, jeszcze gorszy od Geislera. Ten po prostu deptał Polaków i bił bez ograniczenia.” Jakimś cudem zachowało się zdjęcie zarządcy Lausena (imienia nie znamy), które starannie wkleił do swojej kroniki Michał Mleczko, aby jakiś ślad po ludziach, którzy jak tylko pod miasto podeszły wojska radzieckie, zniknęli z Naramowic jak zły sen, jednak pozostał. 

Pola uniwersyteckiego gospodarstwa, z których produkcja rolna jest przeznaczona oczywiście wyłącznie dla Niemców, są łakomym celem wypraw okolicznych chłopców, pomagających rodzicom w aprowizacji. Wśród Polaków panuje głód, bieda, z upływem czasu wręcz nędza. Dziewięcio-, dziesięciolatkowie wyprawiają się tutaj przez Wartę, żeby po zbiorach, na pustych już polach po cichutku wykopywać pozostałe cenne ziemniaki, zbierać kłosy zboża, „wyhakać” jakieś warzywa. 

 W naramowickim Forcie V mieszczą się warsztaty i magazyny fabryki broni i amunicji  (Deutsche Waffen und Munitionsfabriken). Pracują tam okoliczni mieszkańcy. 

Jak w całym Poznaniu, grozę budzi na Naramowicach wspomnienie Fortu VII. Wszyscy wiedzą, co tam się dzieje. „Trafił na siódme fory” – to potoczne sformułowanie, którym poznaniacy się posługują, jest niemal równoznaczne z zawiadomieniem o śmierci. Do Fortu VII, czyli poznańskiego obozu koncentracyjnego, trafia jesienią 1939 roku wieloletni duszpasterz Naramowic – ksiądz Narcyz Putz. Przejdzie gehennę nie tylko tutaj, ale wywieziony wiosną 1940 roku - także w Dachau i Gusen. Zmarły w obozowym szpitalu 5 grudnia 1942 roku, do końca niestrudzony w swojej kapłańskiej posłudze, heroiczny w niesieniu pomocy i pociechy innym, 57 lat później zostanie beatyfikowany. Proboszcz naramowickiej parafii – ksiądz Antoni Hałas również nie uniknie tragicznego losu. Najpierw umieszczony w obozie przejściowym na Głównej, a potem wywieziony do Generalnej Guberni, zginie przed końcem wojny od pocisku rozrywającego mu nogi.

Wojna trwa. Przez Wissmannstrasse jeżdżą często samochody i transporty wojskowe do i z Warthelager, czyli poligonu w Biedrusku, a właściwie – Weissenburgu. 

Koszmar na koniec – niemiecka obrona Festung Posen 

„Oto około 10 stycznia 1945 roku w popłochu i ciężkim serca bólem uciekło ze dworu wszystko, co Niemcem śmierdziało” – pisze z ponurą satysfakcją Michał Mleczko. Prawdopodobnie wtedy (a na pewno w styczniu) zostaje przez Niemców doszczętnie spalony drewniany naramowicki kościół  oraz plebania. Ale to nie koniec koszmaru, lecz początek nowego. Oblężenie. Rosjanie są blisko, żołnierze niemieccy broniący tego rejonu Poznania obsadzają na Naramowicach dwór, Fort V, Fort IVa. Wykorzystują również schrony piechoty. Na przykład w tym (nieistniejącym już) przy skrzyżowaniu ulic Lechickiej i Naramowickiej stacjonuje załoga niemieckiej armaty przeciwlotniczej.

W ostatnich dniach stycznia 1945 roku wojska radzieckie przeprawiają się przez Wartę i nacierają od strony Biedruska.

„Straszne to było czterotygodniowe oblężenie. Mieszkania i rzeczy  musieliśmy opuścić, a ulokować się w nieogrzewanej, bez pieca, wilgotnej, z wybitym przez pociski oknem, piwnicy. Było nas tam osób 11. Około 80 metrów za naszą piwnicą, wśród kopców z ćwikłą i ziemniakami stała lekka, ciężka i przeciwlotnicza artyleria niemiecka, a do niej z Naramowic-wsi waliła artyleria sowiecka. Cztery tygodnie siedząc w piwnicy, w dzień i w nocy polecaliśmy Bogu nasze dusze.” 

Naciera 244. Pułk Piechoty Gwardii podpułkownika Pawlenki. Podczas gorączkowej wymiany ognia łatwo paść przypadkową ofiarą walk. Ale nie tylko wtedy. Kiedy czerwonoarmiści wpadają do naramowickiej leśniczówki przy ul. Bożywoja, zanim odezwą się do jej mieszkańców, najpierw puszczają serię z automatu po szafach. Na szczęście nikt tam się nie chował.

Ślady po pociskach z lutego 1945 roku jeszcze dzisiaj gdzieniegdzie widać, np. na ceglanym domu, stojącym przy zakręcie w ulicę Rubież.

Od 12 lutego Rosjanie atakują Fort V i IVa, który zdobywają dwa dni później i według relacji jednego z żołnierzy niemieckich podpalają wnętrze miotaczami ognia. Broniący się Niemcy usiłują przedrzeć się do Cytadeli, ale są też tacy, którzy nie wytrzymują, dezerterują, a nie wiedząc, co robić dalej, chwilowo ukrywają się…  u Polaków (wg relacji jednego z mieszkańców Naramowic), litujących się nad młodziutkimi, przerażonymi chłopakami.

Załoga Fortu V również, zgodnie z rozkazem komendanta Festung Posen, ma przebijać się do Cytadeli, ale udaje się to tylko części żołnierzy. Fort V poddaje się 16 lutego.

Zaczynanie od nowa

Michał Mleczko ze zgrozą obserwuje, jakie wyrwy uczyniła wojna w ludzkim poczuciu przyzwoitości, jak  gigantyczne są szkody społeczne, jak daleko posunięta demoralizacja. Daje temu wyraz w swojej relacji, ale rozgoryczenie dyktuje mu takie słowa, że potem zakleja odnośny fragment w szkolnej kronice. 

Jak po zakończeniu walk wygląda naramowicka szkoła? „Pożal się Boże!(…) Główny budynek ma w dachu dziury (…), okna wszystkie bez szyb, niektóre bez skrzydeł, drzwi bez kluczy, niektóre bez zamków lub popsute, płoty zrujnowane. Podobnie w izbach szkolnych, korytarzach, mieszkaniach nauczycielskich i piwnicach. Grube warstwy papierów, śmieci, gnoju.” 

Przygnębiające. Wszędzie naokoło zresztą widać ślady walki: połupane dachy, powybijane okna, gruz, dziury, walające się żelastwo. Jest zimno, ciemno i  głodno.

A jednak mimo wszystko już 22 marca 1945 roku rozpoczynają się na Naramowicach lekcje!

Renata Zychla

PS Niezwykle cennym źródłem informacji o życiu w Poznaniu podczas wojny jest zbudowana na zasadzie szczegółowego kalendarium książka Czesława Łuczaka „Dzień po dniu w okupowanym Poznaniu”. Można się stamtąd dowiedzieć np. za co poznaniacy trafiali do więzienia, albo ile mogli nabyć jedzenia na swoje kartki żywnościowe. Książka jest zarazem kroniką terroru: aresztowań, egzekucji, wywózek. Warto po nią sięgnąć, bo niewielu z nas ma wiedzę o tym, jak wyglądało życie poznaniaków w czasie wojny. Uwaga! Pozycję tę można wypożyczyć w naszej Naramowickiej Filli Biblioteki Raczyńskich.

Natomiast zainteresowanych szczegółowym przebiegiem walk na Północy Poznania odsyłam do książki Michała Krzyżaniaka z serii „Festung Posen 1945”, pt. „Pododcinek IV/PÓŁNOC”, z której zaczerpnęłam wykorzystane w artykule informacje.

Pani dyr. Marioli Głuszczak dziękujemy za udostępnienie archiwalnych materiałów z kroniki SP 60.

 

 

Kennkarta oraz książeczka zatrudnienia pochodzą z archiwum rodzinnego R. Zychli.