Historia naramowickiego Koła Wędkarskiego

Na Naramowicach lat temu » Historia naramowickiego Koła Wędkarskiego

Stereotypowe wyobrażenie wędkarza jest proste: - O co chodzi, co wielkiego? Jedzie na ryby, założy glizdę i jest na rybach – śmieje się aktualny prezes Koła Wędkarskiego nr 77 Naramowice - Wojciech Wesołowski. Z nim oraz z panami Bronisławem Wohlgetan i Bogusławem Zielińskim spędziłam kilka niezwykle pogodnych godzin, pełnych wspomnień, żartów i anegdot, przechodząc przy okazji skrócony kurs wędkarstwa. Spotkaliśmy się, aby utrwalić barwną część historii Naramowic, jaką są dzieje tutejszego Koła Wędkarskiego. Ma ono zresztą swoje bogate, pieczołowicie przechowywane archiwum, na które składają się roczniki starych protokołów, plakaty własnoręcznie wykonywane i grube kroniki, pełne starannie opisanych zdjęć, dokumentujących udane połowy, wycieczki, zawody.

Panowie Bronisław Wohlgetan (sekretarz Koła od roku 1972) i Bogusław Zieliński (wiceprezes Koła w latach 2006-2013) mogą poszczycić się najwyższym wędkarskim wyróżnieniem – złotą odznaką z wieńcami. Trzecim naramowickim wędkarzem z tą odznaką był pan Andrzej Łapa - prezes Koła w latach 1977 – 2002. 

Jakie były początki?

Koło Wędkarskie istnieje na Naramowicach od 65 lat! Jednym z założycieli i pierwszym jego prezesem był Franciszek Kukla. Protokoły z pierwszych spotkań (pisane w zwykłym zeszycie) niestety zaginęły. W zachowanym sprawozdaniu z zebrania plenarnego Zarządu w grudniu 1957 roku czytamy, że Koło liczyło wówczas 99 członków.

- Nasze Koło powstało na bazie tego na Winiarach, do którego należało sporo osób z Naramowic. Chodzili tam pieszo na zebrania, a że było daleko, postanowili stworzyć własne koło u siebie – mówi pan Bronisław. – Ja należę do Polskiego Związku Wędkarskiego od 1958 roku. Mieszkałem wtedy w Pniewach. Bez karty wędkarskiej nie można się było obyć. Jak z kolegami łowiliśmy, regularnie przychodził nad wodę milicjant, łamał nam patyki i krzyczał: „Koniec łowienia, gówniarze, do domu!” Tylko że o kartę można było się starać dopiero mając 16 lat! Na szczęście któregoś razu w takim młodzieżowym miesięczniku „Płomyk” (to mógł być rok 1952)  ukazało się ogłoszenie, że PZW, jeżeli cała klasa napisze, może dać zezwolenia wędkarskie. I udało się! Z tym zezwoleniem szczęśliwy szedłem nad jezioro, a milicjant nie łamał mi już kija. Co to były zresztą za czasy! Nie było wędek, haczyków, nie było nic, nic, nic. Wreszcie, w 1958 roku dochrapałem się własnej karty wędkarskiej.

- A ja tu się urodziłem, tu mieszkam i tu umrę, inni to słoiki, cha, cha! – podkreśla żartobliwie swoją „naramowickość” pan Bogusław.  – Kiedyś wszystkich znałem po nazwisku. Dopiero kiedy kombinat zaczął budować szklarnie, zaczęło napływać coraz więcej ludzi. Do Koła wstąpiłem w 1959 jako szesnastolatek. Wędki na początku to były zwykłe kije leszczynowe, potem bambusowe. Koński włos z ogona zamiast żyłki, haczyki z igieł krawieckich, spławik ze stosiny pióra gęsiego. Na końcu wędki czubek własnoręcznie wycięty z jałowca, żeby był elastyczny, wyginał się, ale nie pękał. Łapało się żywe muchy do pudełka i szło nad Wartę. Potem pojawiły się pierwsze kołowrotki – w warsztatach toczyliśmy je sami z denek od tłoków do samochodów. Były aluminiowe, o szpuli obrotowej. Dzisiejsze mają szpulę stałą, a w wędkarstwie wyczynowym kosztują nawet kilka tysięcy. To są precyzyjne urządzenia.

 - Teraz mamy wspaniały sprzęt, tylko ryb coraz mniej, wtedy były ryby, a nie było sprzętu. Dzisiaj trzeba się dobrze zastanowić, zanim się zabierze rybę z łowiska – kwituje pan Wojciech.

- W tej chwili nawet robaki kupuje się w sklepie, a nasze dawne karmy były naturalne – wspomina dalej pan Bogusław. - Ziemniaki, chleb, kukurydza mielona, czerwone robale – to była podstawa, wszystko własnym sumptem przygotowane. Strzeszyn, Kiekrz, Strykowo, Glinno – tam działaliśmy.

Kiedy nie było komputerów

W czasach, kiedy nie było komputerów, komórek, a telewizory były rzadkością, ludzie znajdowali sobie pasję. Koło Wędkarskie dodawało do niej koleżeństwo, współzawodnictwo, pracę zespołową. Jak to jednak między ludźmi - bywało różnie i nie zawsze różowo. Świadectwem tamtych lat są liczne protokoły, pisane na papierze kancelaryjnym, potem już na stemplowanych formularzach. Dzisiaj zupełnie pożółkłe, miejscami wystrzępione. Odnajdziemy tam nazwiska, adresy (czasy sprzed ochrony danych osobowych), statystykę charakterystycznie sprofilowaną: w roku 1961 do Koła nr 24 Poznań-Naramowice należało 102 członków: 78 pracowników fizycznych, 11 umysłowych, 13 uczących się. 9 osób miało legitymację PZPR. 

Dyskusje, których ślady odnajdujemy w protokołach, bywały konkretne, barwne, a nawet burzliwe. Śmiało zabierano głos na najróżniejsze tematy – finansów, działań zarządu, czy niewłaściwego zachowania kolegów. Wnioskowano np. o szybsze wydawanie kart wędkarskich przez Zarząd Okręgu, częstsze obławy na kłusowników nad Wartą, o wycieczki rodzinne nad jeziora. Ubolewano nad marnym zaopatrzeniem w haczyki i kije „czysto bambusowe”. Załatwiano sprawy związane z abonowaniem „Wiadomości Wędkarskich”, odczytywano komunikaty Okręgu (np. o udostępnionych jeziorach, nowych opłatach, itd.), rozdzielano znaczki spinningowe. Protokoły zaczynały się lub kończyły ówczesnym zawołaniem „Cześć wędkarstwu!” (dzisiaj: „Wędkarstwu i czystym wodom cześć!”).

Warto jeszcze wrócić do wędkarstwa spinningowego. Nie wszyscy dostawali zezwolenie na połów tą metodą. Koło Naramowice w 1965 roku przyjęło uchwałę, aby wydawać je tylko aktywnym i zdyscyplinowanym członkom. Czym się różni spinning od zwykłego wędkowania? Najkrócej mówiąc - przynęta ma udawać małą rybkę, czyli łapie się w ten sposób ryby drapieżne: szczupaka, okonia, sandacza, suma, bolenia. Moi doświadczeni rozmówcy pokazali, jak wygląda taka przynęta i jak się nią porusza, żeby drapieżnik chciał ją chapnąć.

W Kole wykonywano wiele pożytecznej, całkowicie społecznej pracy. Na początku każdego roku ustalano plan działania. Zarybiano wody, w razie posuchy (jak np. w  roku 1962) odławiano z małych zbiorników wodnych narybek i wpuszczano go do Warty, walczono z kłusownictwem, organizowano (na ogół wiosną i jesienią) konkursy dla członków. W 1961 odnotowano przypadek uratowania przez naramowickich wędkarzy (Stanisława Majchrzaka i Ryszarda Bogaczyka) starszej kobiety tonącej w Warcie.

Członkom Koła cały czas doskwierał brak odpowiednio dużego pomieszczenia na zebrania. Nowych kolegów przybywało. Stało się zwyczajem, że ochotnika, chcącego dołączyć do naramowickiego Koła, wprowadzało dwóch starych wędkarzy, którzy za niego ręczyli.  

 Kolejnym wycieczkom, łowom i konkursom zaczęły towarzyszyć piosenki, rymowanki, wierszyki. „Stoi wędkarz nad wodą, nad tą piękną przyrodą, kije już ma rozłożone, zapomina że ma żonę” – humor stał się nieodłącznym elementem wędkarskich wypraw.

- Na czym polega spójności i stabilność każdego koła? Na tym, że należący do niego ludzie znają się, mieszkają w pobliżu i są ze sobą w kontakcie. Tak właśnie było z nami – mówią moi rozmówcy – wieloletni członkowie PZW oraz Koła Naramowice - panowie: Bronisław Wohlgetan, Bogusław Zieliński i Wojciech Wesołowski (aktualny prezes). – Większość członków spotykała się w pracy, często mieszkali po sąsiedzku, znały się ich żony, też zresztą zatrudnione w Kombinacie.

W protokołach napotykamy ciekawe elementy codziennego życia w ustroju socjalistycznym – na przykład w roku 1970 pojawił się na zebraniu gość z utworzonej właśnie na Naramowicach jednostki ORMO, apelując do członków Koła, aby się do niej dołączali. Urządzano akcje propagandowe w ramach „Tygodnia czystości wód”. Podczas zebrań na nowo odczytywano dość często modyfikowany regulamin PZW, słuchano prelekcji, oglądano filmy oświatowe o życiu ryb. W latach 70. karta wędkarska upoważniała do wędkowania na terenie całej Polski, z wyjątkiem wód „komercyjnych”. Dodatkowo wnosiło się opłatę za tzw. „wkładkę”, czyli pozwolenie na wody należące do PGR-ów. Skarżono się na szereg niejasności w kwestii dzierżawienia akwenów przez PZW oraz wprowadzanie dla wędkarzy coraz to nowych ograniczeń. Nie mieli ich rybacy, którym wolno było nawet stosować „elektryczny połów”, czyli razić ryby prądem. Wędkarze już wtedy uważali to za metodę barbarzyńską i szkodliwą, prąd szkodził życiu całego jeziora. W Kole coraz więcej mówiono nie tylko o sprawach formalnych, ale także o kodeksie koleżeńskich zachowań nad wodą i podczas zawodów – niewątpliwie były to pożyteczne działania, podnoszące kulturę wędkarską.

 Oto trochę statystyki: w roku 1970 Koło liczyło 115 członków, w 1978 roku – 236, a w 1985 zrzeszało 283 wędkarzy! Zebrania odbywały się w zaprzyjaźnionej Szkole Podstawowej nr 60, wtedy już przeniesionej do nowego budynku przy ul. Boranta. Pod koniec lat 60-tych kolejne protokoły odnotowują głosy zaniepokojenia wędkarzy w związku z coraz większym zanieczyszczeniem Warty oraz innych akwenów. Ryby śmierdziały fenolem, nie nadawały się do spożycia, a żyłki po jednym połowie – do dalszego użytku.

Jak długo żyje dżdżownica na rybach? Godzinę z hakiem.

Prezesem Koła w latach 1966 – 1970 był Zdzisław Jakubowski, a po nim, w latach 1970 – 77, funkcję tę sprawował Aleksander Kurczewski. Od lat 70-tych rozwijała się turystyka wędkarska. Emocje, współzawodnictwo i przygody – tego szukano. Naramowickie Koło życzliwie wspierał Kombinat, udostępniając na wyjazdy „Nyskę” lub autobus. Współpraca układała się znakomicie. Wędkarze brali udział w zawodach, sami je również organizowali, także na szczeblu Okręgu. W roku 1977 prezesem naramowickiego Koła został Andrzej Łapa. Pełnił tę funkcję przez 29 lat – do roku 2006. Niezwykle towarzyski, wesoły, przyciągający ludzi człowiek. Rozpoczęły się w tym czasie wyjazdy na połowy morskie (np. do Darłowa).

- Pamiętam nasz pierwszy wyjazd na dorsze kutrem wędkarskim na Bałtyk – opowiada pan Bronisław Wohlgetan, uśmiechając się na to wspomnienie. - Pojechaliśmy oczywiście z Koła. Zatrzymaliśmy się wieczorem na nocleg, było wesoło, wiadomo, ale z samego rana już byliśmy na molo z dokumentami i pozwoleniami. Stoimy tak, patrzymy - idzie ładna  dziewczyna, więc niektórzy zaczęli machać do niej: „Ej, lala, lala!” A lala weszła do kapitanatu i po 5 minutach wyszła do nas w mundurze: „Dzień dobry - obywatel, obywatel i obywatel (tu wskazała palcem na wesołków) nie jedzie, resztę zapraszam.”Cha, cha! Taki był początek naszej przygody. Oj, jak bujało na wodzie, to był nasz pierwszy wyjazd w morze i… kompletna klęska – wszyscy wracaliśmy bez jednego brania, no dosłownie bez jednej ryby! Wracamy na pomost, stajemy jak te sieroty, 15 osób, patrzymy, a tu płyną kutry rybackie ze skrzynkami pełnymi ryb. I nagle przychodzi nam do głowy genialna myśl - zróbmy zamianę. – A na co? – pytają rybacy. - Na piwo – bo mieliśmy ze sobą poznańskiego „Lecha”, bardzo wtedy poszukiwanego.  - Tak, tak! - Zaraz nam wrzucili dorszy, płastug. Myśmy się podzielili i każdy przywiózł łup do domu. Moja żona, jak to zobaczyła, woła: „Jezu, takie ryby wam brały?!” Ale że nasz Kombinat to mała wiocha była, zaraz na drugi dzień jej w biurze prawdę powiedzieli: „Gdzie tam nałowili! Kupili, wymienili na piwo!” My tu w kombinacie byliśmy jak wielka rodzina, zwłaszcza zanim postawiono szklarnie. Raz do roku odbywała się w naszym Kole wielka zabawa. Przy organizacji każdej imprezy też można było liczyć na pomoc Kombinatu, który miał ogromne zaplecze socjalne i pełno sprzętu. 

Zawody (spinningowe i spławikowe) oraz wspólne wędkarskie wycieczki sprawiały, że rozkwitało życie towarzyskie. Wieczory spędzano przy ognisku (często w sąsiedztwie naramowickiej leśniczówki, za przyzwoleniem zawsze życzliwego pana Przybylaka) z gitarami. Śmiechom nie było końca. Powstawały nowe piosenki, wierszyki okolicznościowe. Fetowano zwycięzców, pokpiwano dobrodusznie z niefortunnych łowców. 

Przełomowe okazały się lata 90-te.

Zmienił się ustrój, zmieniły się realia. Czas Kombinatu Naramowice dobiegł końca. Wolny rynek otworzył nowe możliwości. W sklepach wędkarskich wreszcie pojawił się poszukiwany towar. Ukazywały się nowe branżowe czasopisma, książki, albumy. W zbiorach członków Koła Naramowice miejsce czarno-białych zdjęć zajęły kolorowe. Zawody można było dokumentować kamerą! 

Wspominają moi wspaniali, interesujący rozmówcy – panowie: Bronisław Wohlgetan, Bogusław Zieliński oraz Wojciech Wesołowski (który po śmierci prezesa Koła Naramowice Andrzeja Łapy objął to stanowisko i piastuje je do dziś).

- Wielu kół już nie ma, a nasze trwa – mówią z dumą. – A przecież nikt nas nie finansował, zawsze musieliśmy sobie radzić sami. Najstarszy kolega, Marian Dybizbański, jest już po dziewięćdziesiątce, a wciąż łowi! Mamy też jedną koleżankę – Wiesławę Włudarską.

Zapytani o momenty zwrotne w dziejach Koła, wymieniają: decyzję o usamodzielnieniu i odłączeniu się od Winiar, objęcie prezesury przez Andrzeja Łapę w roku 1977, wejście w ścisłą współpracę z Kombinatem Naramowice. Ostatnim niezwykle ważnym punktem zwrotnym stało się otwarcie w 2002 roku stałej, upragnionej siedziby Koła.

- Ówczesny prezes Spółdzielni Naramowice, Marek Bienert, nasz kolega wędkarz, zaproponował pomieszczenie po dawnym maglu, w piwnicy bloku przy ulicy Sarmackiej 5b – opowiada pan Bogusław Zieliński.  – Przyjęliśmy z radością i sami wyremontowaliśmy.

- Po rozwiązaniu Kombinatu szukaliśmy stałej bazy. Zebrania odbywały się w prywatnych domach – dopowiada pan Bronisław Wohlgetan. – Jak weszliśmy do magla pierwszy raz, wyglądało naprawdę nieciekawie, bałagan, że pożal się Boże. Zrobiliśmy własnym sumptem remont, w czym jako sponsor dopomógł nam Baumal - dostarczył sanitariaty, umywalkę. Ja jestem instalatorem, więc montowałem, koledzy malowali i od 2002 roku zebrania odbywają się tam – przy Sarmackiej. Nawet przyjmowaliśmy kolędę!

Któregoś dnia panowie zaprowadzili mnie do siedziby Koła – jest to sympatyczny zakątek, którego wyposażenie tworzy miłe oku zamieszanie stylistyczno-kolorystyczne. Najważniejsze są oczywiście trofea – rzędy szczupaków rozdziawiają swoje imponujące paszcze, pysznią się szeregi dyplomów, gratulacji i wyróżnień, na regałach puchary, wszędzie niezliczone zdjęcia, plakaty, pamiątki z wycieczek i zawodów. Siedziba Koła to pomieszczenie z duszą, a jego dokumentacja archiwalna jest przebogata, wciąż poszerzana, utrzymywana z wielką starannością i w pedantycznym porządku. 

- W 2002 roku świętowaliśmy nasze 50-lecie – wspomina pan Bronisław. - Wpadliśmy wtedy w zarządzie na pomysł, że dobrze byłoby zrobić kronikę, bo tych 50 lat zobowiązuje! Zaapelowaliśmy do wszystkich członków, żeby przetrząsnęli domowe archiwa i przynieśli nam zdjęcia wędkarskie. Wiadomo, że w latach wczesnych powojennych nie było aparatów, a fotografie miało się co najwyżej ślubne, ale powoli zaczęły jednak napływać. Założyłem pierwszy album, potem kolejne. W każdym po 300 zdjęć (najstarsze z 1951 roku). Chronologicznie ułożyłem wszystkie lata naszej działalności, zawody wędkarskie, imprezy, wspólne opłatki, msze polowe (wie Pani, że proboszcz Bogacki też był wędkarzem?), śluby kolegów, masę, masę pamiątek. Na pierwszej stronie albumu pamiątkowe podpisy członków i fotografie czterech kolejnych prezesów, piąty – Wojtek Wesołowski - siedzi koło Pani.

Oglądam dawne kartki pocztowe, stemple, otwieram stare książeczki wędkarskie. Kiedyś o zebraniu powiadamiało się listownie, rozwieszano plakaty, przygotowywane własnoręcznie przez pana Bronisława. Dzisiaj działa się nowocześniej – przez prasę i Internet, ale plakaty wciąż pozostają. Są niepowtarzalne, bo to nie grafika komputerowa, ale praca plastyczna. W internecie Koło nr 77 Naramowice znaleźć można na stronie Polskiego Związku Wędkarskiego, w zakładce „Znajdź Okręg/Koło”.

– Kiedyś karta wędkarska i legitymacja członkowska PZW były jednym – objaśnia prezes Wesołowski. - Dzisiaj ludzie zdobywają tylko kartę, jak prawo jazdy i na tym się kończy. Kandydat na wędkarza zdaje egzamin u nas w Kole, przed komisją. Pytania mają związek z regulaminem – np. o okresy ochronne ryb. Trzeba znać przyrodę, trochę jak w łowiectwie. O, tak wygląda „Regulamin ogólnopolski połowu ryb” – pan Wojciech prezentuje mi małą, niebieską książeczkę. – PZW dzieli się na okręgi (które mają jeszcze swoje odrębne regulaminy), a okręgi na rejony. Nasze Koło należy do poznańskiego rejonu 6. (zrzeszającego 9 kół) W tej chwili różnych „papierów” jest niestety dużo więcej, co źle wpływa na wędkarstwo. Ono zawsze opierało się na społecznej pracy członków.

 Koło, choć jest jednostką sformalizowaną, ma charakter swojski i przyjacielski. Zdjęcia zaświadczają o uczestniczeniu jego członków w najrozmaitszych imprezach, tak oficjalnych, jak i prywatnych, od konkursów i jubileuszów, po śluby.

Jak wygląda rok pracy koła wędkarskiego? 

- Pierwsze zebranie zarządu jest na początku stycznia. Planujemy wtedy, co w danym roku będziemy robić. W lutym odbywa się walne zgromadzenie członków Koła nr 77 Naramowice. Jest już wtedy przygotowany plan pracy z terminami zawodów i imprez wędkarskich. Wszyscy otrzymują informator. Raz do roku lub raz na dwa lata organizujemy zawody rejonowe – wszystkie Koła przyjeżdżają wtedy do nas. Towarzyskim zawodom towarzyszyły, oprócz oczywiście hasła „Wędkarstwu i czystym wodom cześć!”, okolicznościowe wierszyki, w których specjalizował się kolega Stanisław Kromolicki.

- A ja napisałem kiedyś taki: „Żona z patelnią w domu czeka, a szlag trafia człowieka, bo czy jezioro to, czy rzeka, ryba nie bierze i wędkarz narzeka” – śmieje się pan Bronisław. - Zarząd Koła spotyka się co miesiąc. Wszystko jest protokołowane. Komisja rewizyjna wypełnia swoje odrębne protokoły raz na kwartał, zatwierdzając wydatki. Takie niby niewielkie koło wędkarskie, a papierów ile! To nie wszystko: Każde zawody też mają swoją teczkę – protokoły, listy uczestników. W naszych rejonowych startuje po 3 zawodników z danego koła. Zawody odbywają się najczęściej na Warcie, my zresztą jesteśmy opiekunami jej odcinka przy Naramowicach. Sprzątamy go, pilnujemy porządku – to oczywiście całkowicie bezpłatna praca społeczna. Co roku z okazji Dnia Wędkarza odbywa się uroczysta msza. Jest na co popatrzeć! Piękne sztandary z całego okręgu (my mamy tylko flagę wędkarską) i las wyciągniętych wędek do poświęcenia… A potem wspólne zdjęcie przed ołtarzem. Na tegoroczną wędkarską mszę św. zapraszamy 18 marca. W grudniu zawsze organizujemy opłatek, z minutą ciszy za zmarłych kolegów. Kiedyś urządziłem pokaz wideo z dawnych lat, naszych wyjazdów i zawodów. Wszystko na wesoło, z humorem. A właśnie - wie Pani, jak długo żyje dżdżownica na rybach? Godzinę z hakiem. Cha, cha! Oprócz wypraw wędkarskich, jesienią mamy wycieczki o nazwie „Grzyby-ryby”,  na które zabieramy rodziny.

- Zależy nam bardzo na przyciągnięciu do wędkarstwa młodzieży – podkreśla pan Wojciech. – Z okazji Dnia Dziecka organizujemy zawody dla uczniów – na Różanym Potoku i w Szkole nr 48. 

- Było zarzucanie wędki, każdy dostał znaczek, dyplom. Dzieciaki były zachwycone. – dodaje pan Bogusław. - W SP nr 48 opowiadamy o rybach i wędkarstwie. Ostatnio zaprosili nas do siebie także harcerze.

- Plan pracy, ustalany na początku roku, podczas zebrania sprawozdawczego, wypełnia się w 100 procentach – podkreśla z powagą prezes Wesołowski. - Są kontrole, na zebraniach pojawiają się przedstawiciele Okręgu. Nasze Koło (w tej chwili liczące 160 członków) jest świetnie prowadzone, nie ma żadnych skarg. W tym roku będziemy obchodzić już 65. rocznicę założenia! Trzech członków otrzymało najwyższą odznakę wędkarską: złotą, z wieńcami.  Wieloletni, doświadczeni wędkarze w dowód uznania nagradzani są odznakami: srebrną, złotą i z wieńcami oraz medalem za zasługi. Złotą odznakę z wieńcami otrzymali u nas koledzy: Bogusław Zieliński, Bronisław Wohlgetan i nieżyjący już Andrzej Łapa. 

- Opowiedzcie Panowie, jak wyglądają zawody – proszę.

- Regulamin jest różny, zależy od prowadzącego. Na szczeblu okręgu to nawet ilość robaków musi być zważona, na poziomie kół jest mniej restrykcyjnie. Miejsca się losuje. Każdy zawodnik ma jakiś swój ekstra patent, żeby przyciągnąć rybę. Teraz metody łowienia są niesamowite. A wędki! Pojawiają się na zawodach takie za 500 zł i 5 tysięcy! Niektóre mają po 13 metrów. Ale jak tylko zagrzmi, zawody są przerywane, bo nie wolno wędkować w czasie burzy - wędka węglowa to istny piorunochron. Nie liczy się złowienie ryby chronionej. Raz zdarzyło się tak: były zawody nocne z 30 czerwca na 1 lipca. Koledze wziął sum po 23.00 i nie został uznany, bo można go łowić od 1 lipca, ale oliwa sprawiedliwa, bo chwilkę po północy złowił drugiego. Tu ważna uwaga: przyroda w żaden sposób nie cierpi, bo wszystkie ryby wracają do wody. 

- A pamiętasz, jaką przygodę mieliśmy kiedyś na wyjeździe? – zwraca się do kolegi pan Bogusław. Podczas łowów na Warcie w zanurzonej siatce był duży boleń. Nastała noc, ja w namiocie. Nagle przychodzi Wojtek i mówi: „Chodź coś zobaczyć!” Podchodzimy do siatki, patrzymy (woda była płytka) - niemożliwe – szczupak jak potwór, z półtora metra miał i czaił się na osiemdziesięciocentymetrowego bolenia w siatce! Widać było te oczy wyłupiaste. Coś niesamowitego.

- W naszym Kole przyznajemy nagrodę roku za największą rybę złowioną w trakcie zawodów. Sumujemy długość i wagę. Największy szczupak złowiony w Kole ważył 6,5 kg i był zdobyczą Jerzego Wojciechowskiego,  a największą rybą złowioną w czasie zawodów (dosłownie na sam koniec) – sum Leszka Łaskiego, ważący 6,90 kg – pan Bronisław ma zapisane dokładne dane.

Wydaję gwizd podziwu. To ci ryby! Wierzę, że walka z takim olbrzymem jest przygodą!

- Kiedyś na zawodach sumowych w Łomnie koledze wziął sum – 18,5 kg, trzy osoby kładły się na pomoście wędkarskim, żeby go razem wyciągnąć. Aż podbierak się złamał. Są ryby, które łatwiej pokonać – takiemu leszczowi wystarczy głowę podnieść i jest nasz, ale już karp to waleczna ryba, a amur! Ucieka tak, że linki brakuje. Jednego razu tak mi amury brały, że nawet łyka piwa nie miałem kiedy wziąć. Jak się wędki nie pilnuje, to się nie zdąży złapać - rozwija wspomnienia pan Bronisław. - O pierwszym połowie dorszy już opowiadaliśmy, to może teraz o „zebraniu” zarządu w szpitalu. Ja się kiedyś w styczniu przewróciłem na lodzie w Bytyniu. Leżałem w szpitalu, prezes Andrzej Łapa akurat też i Bogdan po zawale. Przyszli w odwiedziny koledzy z zarządu Koła. Ja im mówię: „Ściągniemy jeszcze Bogdana i zrobimy zebranie u Andrzeja”. Zeszliśmy, a prezes, który po wybudzeniu ze śpiączki nie mówił, napisał na kartce: „Co tam słychać w Kole? Co robicie w piżamach?” Takie właśnie było niespodziewane „posiedzenie” zarządu w szpitalu. I tak nam zostało do dzisiaj, że żyje się wędkarstwem w każdych okolicznościach.

Choć rozmawiać moglibyśmy bez końca, popijając doskonałą kawę i zajadając smakołyki, o których zawsze pamiętała pani Marii Wohlgetan, niechętnie, ale jednak musimy kończyć. Ale przecież nie kończy się historia Koła Wędkarskiego Naramowice. Choć tylko niewielki jej wycinek zdołaliśmy zaprezentować z ogromu materiału archiwalnego. Było to moje kolejne, niesłychanie interesujące doświadczenie, z porcją wiedzy, pasji i humoru.

Wędkarstwu i czystym wodom cześć!

Renata Zychla