Iwona Walczak

Ludzie z Naramowic » Iwona Walczak

Dzięki pani Iwonie Walczak Naramowice po raz pierwszy trafiły do beletrystyki. W najnowszej powieści tej autorki – wydanym w maju 2017 roku „Śniadaniu na skale” przewijają się znajome miejsca naszej dzielnicy i bliskie wszystkim drobne udręki tutejszej codzienności, jak chociażby korki na Naramowickiej. Pisarka doskonale je zna  – mieszka tutaj od wielu lat.

- Skąd się wzięły Naramowice w powieści? Pisze się o tym, co najbliższe?

IW: Tak, ja tu mieszkam, ale wcześniej poznałam też wiele innych miejsc. Mieszkałam w Szczecinie, Bornym Sulinowie i kilku innych miastach. Poza tym z wykształcenia jestem geografem i ta „geograficzna” druga natura wybija się w moich książkach: bohaterowie przemieszczają się, migrują, a ja zawsze starannie obmyślam, gdzie ich ulokować. Wiem, że czytelnicy to doceniają.  Znam wszystkie opisywane w powieści miejsca - od Londynu po Kletno. Ale moim miastem jest Poznań i cieszę się, że kilkanaście lat temu na dobre tu wróciłam.

- Jest Pani bystrym obserwatorem - wielu może się przejrzeć w opisanych sytuacjach małżeńsko-rodzinnych jak w lustrze. Ta warstwa powieści bardzo mi się podoba. Umie Pani opisywać relacje międzyludzkie i wewnątrzrodzinne. Migracje bohaterów też są realistyczne – tak właśnie dzisiaj żyjemy. Opisuje też Pani ze znawstwem środowiska korporacyjne.

IW: Dziękuję, to dla mnie miłe. Każda moja książka ma być inna od poprzednich i z tą jest tak samo. Wprowadziłam lekki wątek detektywistyczny.

- Jak się zostaje pisarką?

IW: W moim przypadku to był impuls, który pojawił się, kiedy miałam najwięcej pracy i wracałam do domu po 20.00. Wieczorem, żeby odreagować siadałam do komputera. Pisałam długie maile do krewnych. Kiedy któryś z nich skomentował, że czytanie moich opisów jest jak sunięcie ręką po aksamicie, pomyślałam: „Ooo, to może powinnam pisać?”  I zaczęłam – było to chyba w 2006 roku. Ponieważ pracuję zawodowo w dziedzinie finansów, codziennie jeżdżę do pracy i mam klientów, nie jest tak, że usiądę i piszę. Długo wchodzę w temat. Rozpoczynając pierwsze książki, nie miałam nawet  przemyślanej całej fabuły. Zaczęłam szczegółowo planować pod wpływem koleżanki, piszącej kryminały.

- Lubię w tej powieści małe zaskoczenia: w różnych sytuacjach bohaterowie mówią albo robią coś inaczej niż byśmy się spodziewali. Dzięki temu są mniej typowi, a bardziej interesujący. Ponadto widzimy ich w sytuacjach, w których sami tkwimy. Bliskie nam są ich kompleksy, zahamowania.

IW: Dobrze to wiedzieć, bo boję się, żeby nie popaść w tendencję do lukrowania, zdrabniania i upiększania.

- Wręcz przeciwnie: ja odnajduję tutaj gorzką diagnozę dzisiejszych czasów, w których ludzie, pozornie poukładani, z życiową stabilizacją czy wręcz sukcesem, są tak naprawdę zagubieni. 

IW: W wielu osobach, o których, patrząc z zewnątrz, myślimy, że tylko im pozazdrościć, tkwi przeszłość, błędy z dzieciństwa, które popełnili wobec nich rodzice czy dziadkowie. Dzisiaj takich błędów jesteśmy bardziej świadomi i to jest dobre, choć bywa również tak, że ta wiedza przeszkadza, bo im więcej wiemy, tym mniej jesteśmy odważni. Ale nie bawię się w psychologa. Choć uważam, że za mało dzisiaj pochylania się nad losem drugiego człowieka. Nie rozumiemy świata wokół nas. Może dlatego, że tak szybko się zmienia, a może dlatego że w zbyt wiele obcych miejsc docieramy. Kiedyś dla mnie jazda z Naramowic do Zamku na zajęcia to była wyprawa daleka i wręcz stresująca, a dzisiaj… wnuczka wsiada do samolotu z mamą i po iluś godzinach są w Dubaju. A jednocześnie bywa tak, że pracując za granicą jak jedna z moich bohaterek, nie mamy czasu ani nawet ciekawości, żeby poznać miasto, w którym mieszkamy.

- Wysyła Pani bohaterów w góry, żeby tam inaczej spojrzeli na swoje życie, może przebudowali je, a w każdym razie przemyśleli, czy nie mogłoby wyglądać inaczej. Dlaczego nie można tego zrobić na Naramowicach? 

IW: W gruncie rzeczy miejsce nie jest ważne, ważni są ludzie, których się spotka - bez muru, za którym na co dzień żyjemy i rozmowa, otwierająca nas na inny świat, a przynajmniej – pokazująca nam go. Z drugiej jednak strony, żeby złapać dystans, trzeba zanurzyć się w innym świecie, czyli jednak wyjechać, znaleźć odosobnienie.

- Jak to jest opisywać bohaterów, których osobowość nam samym jest obca? Przecież nie jest tak, że opisuje się tylko ludzi podobnych do siebie.

IW: To się bardzo dobrze pisze! Jest się w stanie wejść w psychikę takiego człowieka. Może dlatego, że każdy z nas ma jakąś drugą stronę swojej osobowości. Jeśli chodzi o męskie portrety psychologiczne, pomaga mi to, że pracuję wśród mężczyzn i wychowałam dwóch synów, a mąż jest moim pierwszym czytelnikiem. To się przydaje. Nawet mówi, że co bym zrobiła, gdybym go nie miała, bo każdy męski bohater ma jakąś tam jego cechę, cha, cha! Niektóre postaci obdarzam czasem umiejętnościami, których nie mam, a chciałabym mieć. To bywa ciekawe.

- Jest pani pionierką – pierwszą pisarką, który ujęła Naramowice w beletrystyce.

IW: Gdyby Grochola napisała o Naramowicach, pewnie by tu wszyscy zjechali, cha, cha! Mogę już teraz zapowiedzieć, że w drugiej części Naramowic będzie więcej.

-Za co je Pani lubi?

IW: Za fajnych sąsiadów, których znam od lat, spokój w ogrodzie, pianie kogutów, dzwony kościelne. Za to, że czuć tu, gdzie mieszkam, zapach świeżego chleba z piekarni. Wszędzie jest blisko. Żurawiniec jest piękny. Z dawnych lat brakuje mi dawnego amfiteatru, czy raczej muszli koncertowej, która stała na terenie Kombinatu. Pamiętam tam wesołe imprezy, święta. Tu żyło się bardziej jak na wsi, chociaż niby w obrębie Poznania. Dzisiaj to już jest naprawdę Poznań. 

Czy nie zadałam jakiegoś pytania, które Pani zawsze słyszy?

IW: Tak. Podczas spotkań autorskich zawsze jestem pytana, z którą bohaterką się utożsamiam, w której jest najwięcej mnie. Trudno na to odpowiedzieć. W każdej jakoś jestem obecna.

Rozmawiała: Renata Zychla