demo sklepu z ceramikami demo sklepu artystycznego

przykłady galerii internetowych przykłady galerii www

Justyna Tomczak-Boczko

Ludzie z Naramowic » Justyna Tomczak-Boczko

Z Justyną Tomczak-Boczko, filologiem hiszpańskim, politologiem, doktorantką w Instytucie Językoznawstwa UAM, aktorką oraz matką Apolonii i niepełnosprawnego Jeremiego, mieszkanką Naramowic nominowaną do tytułu Poznanianki Roku rozmawia Izabela Wielicka.

IW: Jak każda kobieta pełnisz w życiu wiele ról. Która z nich określa Ciebie najbardziej? Jak sama siebie postrzegasz? 

JT-B: Zdecydowanie rola matki i nie tylko dlatego, że zajmuje mi najwięcej czasu. Moje macierzyństwo jest szczególne, bo moje dzieci wymagały i wymagają więcej troski i pracy, ale nakręca mnie miłość do nich. Dlatego ta rola jest najważniejsza. Sprzątanie też mi zajmuje dużo czasu, ale nie utożsamiam się z tą rolą (śmiech). Bycie pełnoetatową mamą nie oznacza jednak, że zrezygnowałam z innych rzeczy. Potrzebuję być „osobną osobą” - tak sobie to roboczo nazwałam. Muszę pamiętać o tym, że oprócz bycia mamą jestem też tym, kim byłam już wcześniej. Mam swoje fascynacje, pasje, przyjaciół, przyjemności... Jestem kobietą, 42-letnią, brunetką, Europejką, żoną, ekstrawertyczką... Istnieje wiele określeń.

IW: Jesteś filologiem hiszpańskim i fascynujesz się Meksykiem. Dlaczego?

JT-B: Moja przygoda z językiem hiszpańskim zaczęła się niemal anegdotycznie. Jako szesnastolatka przeczytałam „Komu bije dzwon” i poczułam, że Hiszpania mnie wzywa, przyciąga. Zatem rodzice, zwróćcie uwagę na lektury waszych dzieci (śmiech). Dodam, że działo się to w latach 90-tych, kiedy świat wydawał się zdecydowanie większy. Po raz pierwszy do Hiszpanii pojechałam w 1996 roku jako au-pair. Nie znałam języka, nie miałam ubezpieczenia, nie używałam internetu i zostałam tam rok. Nauczyłam się przyzwoicie języka, zaczęłam czytać książki po hiszpańsku i od tego czasu mam hiszpańskie sny. Poznałam wtedy chłopaka z Peru, który opowiadał tak pięknie o Ameryce Łacińskiej, że postanowiłam tam pojechać. Potem zrobiłam w Madrycie praktyki dziennikarskie i pojechałam na rok na studia. Przez kolejne lata korzystałam z każdej chwili, by odwiedzić przyjaciół w Madrycie.

IW: Byłaś też w Meksyku, prawda? Co takiego mają Meksykanie, czego brakuje Polakom, a szkoda?

JT-B: Do Meksyku pojechałam wiele lat później i to chyba była przygoda mojego życia. Pokochałam Meksykanów z całego serca. Wyjątkowe w nich jest przekazywanie dobrej energii. Wiem, że to brzmi jak new age (śmiech), ale naprawdę inaczej się żyje, gdy sklepowa zamiast kwaśną miną, wita nas z uśmiechem, a na pożegnanie życzy nam wszystkiego dobrego. Uwielbiam też ich niekończące się spotkania, tańce, imprezy uliczne. Polacy mogliby się od nich uczyć wspólnoty i zabawy bez nadmiaru alkoholu. Meksykanów od Polaków odróżnia też otwartość. Mieszkałam w Guadalajarze, słynącej z tego, że stanowi bastion konserwatystów, czyli w domyśle również katolików, a jednocześnie jest to stolica gejów.

IW: W Meksyku zajmowałaś się aktorstwem, ale Twoja przygoda z teatrem zaczęła się w Poznaniu. Jak to się stało, że zostałaś aktorką?

J T-B: Mogłabym powiedzieć, że moja przygoda z aktorstwem rozpoczęła się w Witkowskim Klubie Garnizonowym, gdy zagrałam główną rolę w spektaklu „Jak dwie mrówki samochwały wielką sławę zdobyć chciały”. Miałam wówczas 10 lat i od tamtego czasu, gdziekolwiek bym nie była, szukałam kontaktu z teatrem. Uczyłam się na licznych warsztatach teatralnych i tanecznych. Na jednym z harcerskich zlotów poznałam Teatr Biuro Podróży i tak zaczęła się moja fascynacja tzw. teatrem alternatywnym. Gdy przyjechałam na studia do Poznania, szukałam możliwości przyłączenia się do jakiejś grupy. I tak trafiłam do Teatru Strefa Ciszy, w którym spędziłam kilka kolejnych lat i grałam w: „Wodewillu miejskim”, „Obrazie mojego miasta”, „Judaszach”, „Sąsiedzie 2000”, a w końcu już gościnnie w „36,6”. Wiele zawdzięczam ludziom, z którymi tworzyłam ten teatr. Mam przeogromny sentyment do tamtego okresu w moim życiu. Potem jednak zarzuciłam teatr, bo chciałam rozpocząć dorosłe, korporacyjne życie, które w ogóle do mnie nie pasowało. Gdy pojechałam do Meksyku, dodam, że jako stypendystka tamtejszego rządu, by zrealizować badania na temat machismo (maczyzmu) od razu poszukałam „teatreros”. Dzięki czemu rok zakończyłam piękną premierą w jednym z teatrów Guadalajary, gdzie zagrałam Króla Ubu. Efektem tej współpracy był kolejny spektakl „PoziomaPionowa”, który stworzyłam już w Polsce z reżyserem Beto Ruizem. Spektakl ten pokazaliśmy w Teatrze Ósmego Dnia i w Meksyku. Dopiero wówczas zdecydowałam się na indywidualną drogę. Zrobiłam monodram „Cały ten Meksyk” i zaszłam w kolejną ciążę...

IW: Czy aktorstwo miało być tylko przygodą czy czymś więcej?

J T-B: Nigdy nie miałam odwagi, by potraktować tę drogę poważnie. Raz, ponieważ ciągle czuję braki w teatralnym wykształceniu, dwa, ponieważ nigdy nie postawiłam wszystkiego na jedną kartę. Zawsze robiłam jeszcze coś innego, zarabiałam pieniądze w inny sposób. Bardziej niż aktorką czuję się „teatrera”, albo „theatre maker”, czyli kimś, kto po prostu robi teatr, bo czuje taką potrzebę.

IW: Co dało Ci aktorstwo w życiu? Czego się nauczyłaś w teatrze, co z niego wyniosłaś?

J T-B: Jak pozytywnie przechodzić rekrutację o pracę (śmiech). A serio, oprócz oczywiście technik prezentacji i opanowania tremy, bardzo przydatnych w pracy nauczyciela czy naukowca, myślę, że inaczej postrzegam świat. Trudno jest mi to wytłumaczyć. Gdy mam więcej wolnego czasu (np. dwie godziny bez dzieci i sprzątania), często zaczynam wyobrażać sobie różne sytuacje teatralne w miejscach nieteatralnych... W tym roku doceniłam moje sceniczne doświadczenia jeszcze bardziej, gdy prowadziłam protest w obronie praw i godności osób z niepełnosprawnościami. Plac Wolności, tłum ludzi, a ja czułam się w swoim żywiole.

IW: Jesteś żoną, mamą dwojga dzieci - Poli i Jeremiego. W Twoim przypadku macierzyństwo od początku nie było usłane różami. Z czym musiałaś się zmierzyć?

J T-B: U Poli, jeszcze w życiu płodowym, stwierdzono torbiel mózgu. Rokowania były bardzo złe, ale na szczęście operacja w Centrum Zdrowia Dziecka przebiegła bez komplikacji, a półtoraroczna rehabilitacja (w większości wykonywana przeze mnie) przyniosła ogromne efekty. Apolonia jest teraz zdrową jedenastolatką.  Z Jeremim sprawa miała się inaczej. Ciąża przebiegała dobrze, jednak pod koniec Jeremek przestał rosnąć. Szybka cesarka i okazało się, że mój synek urodził się bardzo chory na cytomegalię. Niestety, wirus trwale i poważnie uszkodził jego mózg, z efektami tego będziemy borykać się już zawsze. Jeremi ma 7 lat, a nie mówi, nie raczkuje, nie siedzi, nie chwyta zabawek, nie gryzie. Ma czterokończynowe porażenie mózgowe, małogłowie i padaczkę lekooporną. A jak na to wszystko zareagowałam? Totalną mobilizacją! Z Polą ćwiczyłam pięć godzin dziennie. W przypadku Jeremka byłam mądrzejsza i po półtorarocznej samotnej walce w domu poszukałam pomocy na zewnątrz. Jeremi już w wieku 2 lat zaczął chodzić do specjalnego przedszkola Stowarzyszenia Potrafię Więcej. Wtedy zaczęłam odżywać, wróciłam do pracy. O stronie emocjonalnej trudno mówić w takim wywiadzie. Jest wiele etapów godzenia się z faktem, iż twoje dziecko jest niepełnosprawne, że zawsze będzie całkowicie od ciebie zależne... gdy wydaje ci się, że jesteś z tym pogodzona, śni ci się, że twój syn chodzi i poranek wtedy nie należy do najłatwiejszych.

IW: Czy Poznań jest miastem przyjaznym dla ludzi niepełnosprawnych? 

J T-B: Mogę mówić z punktu widzenia mamy małego niepełnosprawnego dziecka. Poznań jest na pewno wyjątkowy pod jednym względem - ma dwa specjalne przedszkola dla dzieci z niepełnosprawnościami sprzężonymi. Działają one dzięki ludziom, nie władzy. Stowarzyszenie Potrafię Więcej i Stowarzyszenie Na Tak robią niesamowitą pracę. Chylę czoła. Gdy Jeremi podrośnie, dowiem się, jak wygląda Poznań z jego perspektywy. Zderzę się z nowymi problemami. Dużo się mówi o barierach architektonicznych od wielu lat, a wciąż spotykamy schody w różnych publicznych miejscach. Wjazdy dla niepełnosprawnych są, ale często gdzieś z tyłu budynku, a klucz do nich ma nie wiadomo kto.

Na pewno problemem też są szpitale, ale nie ze względu na kompetencje personelu czy wyposażenie w sprzęt medyczny. Chodzi o to, że ja muszę przebywać z Jeremim 24h na dobę. Pielęgniarki nie potrafią go nakarmić, bo Jeremi nie gryzie i nie połyka w prawidłowy sposób. Karmienie zajmuje nam prawie godzinę, więc nawet gdyby potrafiły, to nie mają na to czasu, bo są dwie, trzy na oddział. Oczywiście ja chcę być z moim dzieckiem, ale gdy spędzam kolejny tydzień na podłodze, na karimacie, wciśnięta pod zlew, to jest mi po prostu ciężej. Na niektórych oddziałach jest nawet kartka z zakazem korzystania z łazienki przez rodziców. 

Mam też nadzieję, że nagłośnienie problemów osób z niepełnosprawnościami przyczyni się do zmiany polityki na każdym poziomie, również miejskim. Powoli widzimy zmiany, ale jeszcze dużo pozostało do zrobienia.

IW: Opieka nad Jeremim to życie na wysokich obrotach, w ciągłym zagrożeniu jego zdrowia i życia. Staracie się jednak, by Wasze życie było normalnie. Czy i jak Wam się to udaje?

JT-B: Czasem mam wrażenie, że my mieszkamy w szpitalu, ale gdy jesteśmy w domu, to staram się pamiętać, że jest życie „poza”. Wychodzimy wtedy na koncerty - Jeremi kocha muzykę poważną i jazz. Idziemy z Polą do kina, czy na rower. Wyjeżdżamy na wakacje, chyba że kolejna infekcja Jeremka nam to uniemożliwi - wtedy jedno z nas jedzie z Polą, a drugie zostaje w domu. Na pewno nie robimy wszystkiego tego, co robilibyśmy z dwójką zdrowych dzieci, ale nie zamykamy się w domu. 

IW: Choć nie jest to łatwe, to jednak realizujesz się zawodowo. Jeździsz na konferencje, piszesz doktorat. Czy to nie przypadek, że zainteresowałaś się wieloznacznością słowa “madre” czyli „matka” w języku hiszpańskim?

JT-B: O matkach pisałam pracę magisterską na uzupełniających studiach z filologii hiszpańskiej trzy lata temu. Trudno było zająć się innym tematem w mojej sytuacji (śmiech). Teraz jestem na studiach doktoranckich na Wydziale Neofilologii, zajmuję się definicją meksykańskiego macho. Praca na styku językoznawstwa i antropologii kulturowej. Wróciłam do badań, które zrobiłam wiele lat temu, a nie udało mi się ich opracować. Pomysłów mam mnóstwo, tylko potrzeba czasu na ich realizację.

Często ludzie się dziwią, że ja „jeszcze do tego” robię doktorat, a dla mnie jest to odpoczynek. Głowa zajmuje się czymś zupełnie niezwiązanym z moim życiem, szare komórki ćwiczą. Potrzebuję tego, a wyjazdy na konferencje traktuję jak wakacje od mojego życia, bardzo to lubię. Uwielbiam też uczyć. Uczyłam przez wiele lat i z ogromną przyjemnością do tego wróciłam. Po zajęciach wracam uskrzydlona do domu, bo tak naprawdę to w domu jest ciężka praca.

IW: Mimo długiej przerwy, znów wróciłaś na scenę. Dwa lata temu w Scenie Roboczej w Poznaniu odbyła się premiera spektaklu Twojego autorstwa i w reżyserii Przemka Prasnowskiego pt. „Całe życie w dresach”. To sztuka o tym, co znasz dobrze z autopsji, sztuka o sobie. Spektakl podchodzi do tematu dość nowatorsko. Jak doszło do jego realizacji? I skąd ten tytuł?

JT-B: Tytuł powstał dawno temu w mojej głowie, gdy uświadomiłam sobie, że ja cały czas chodzę w dresach. Mam tylko dwie różne wersje: dresy domowe i dresy wyjściowe (uśmiech). Znajomi namawiali mnie na napisanie książki, ale do tego trzeba czasu, zresztą ja jestem słaba w budowaniu konstrukcji. Więc gdy Przemek, którego znam od 20 lat (byliśmy razem w Strefie Ciszy), zwrócił się do mnie z propozycją „zrobienia czegoś” na Inny Festiwal, od razu wiedziałam, co chcę zrobić. Tekst napisałam szybko, bo jego fragmenty nosiłam w sobie od dawna. Przemek bardzo mi pomógł w selekcji materiału. Na szczęście Jeremi wtedy chodził regularnie do przedszkola, więc zdążyliśmy. Ten spektakl to prezent dla samej siebie na 40-te urodziny.

IW: Choć temat monodramu jest poważny i sporo w nim wzruszeń i refleksji, to równie tyle jest w nim humoru i lekkości. Dlaczego właśnie tak to sobie wymyśliłaś? Jak odniosła się do tego publiczność?

J T-B: Bo taka jestem! Obśmiewam wszystko, co jestem w stanie wyśmiać. Córka nawet czasem pyta: mamo, a ty nie możesz być poważna? Obawiałam się reakcji publiczności, bo jednak nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego stylu mówienia o niepełnosprawności. Epatuje się dosłownością, wymusza smutek, wstrząs. Ja tego nie akceptuję, tej „empatii” w stylu „TVN Uwaga!”. 

W trakcie spektaklu za każdym razem czekam, aż pierwsza osoba roześmieje się na głos. Najważniejsze dla mnie są reakcje ludzi, będących w takiej sytuacji jak ja. Nie chciałabym nikogo urazić. Na szczęście na razie reakcje są bardzo pozytywne.

IW: Co chciałabyś powiedzieć matkom, które właśnie dowiedziały się o niepełnosprawności swojego dziecka?

J T-B: Nie zapominajcie o sobie! I proście o pomoc! Będziecie siłaczkami tak czy tak, ale to żaden wstyd prosić o pomoc, również psychologów czy psychiatrów. Nie róbcie wszystkiego same. Prawie każda mama dziecka z niepełnosprawnościami przeszła przez etap, gdy robiła wszystko sama. Znam nawet przypadek zawału serca z przemęczenia. Trzeba szukać pomocy, dobrych ludzi, jest ich naprawdę sporo.

IW: Razem z mężem Borysem zaangażowaliście się bardzo w walkę o godność osób niepełnosprawnych. Zorganizowaliście kilka protestów, domagając się od Państwa podwyższenia im zasiłku pielęgnacyjnego i renty socjalnej. Jak oceniasz te Wasze działania, kiedy emocje już nieco opadły? Warto było?

J. T-B: Warto! Choć nie spałam ani przed protestem, ani z adrenaliny po. Jednak w trakcie pierwszego protestu stwierdziłam nawet, że to taki zbiorowy „coming-out”. Wiele osób po raz pierwszy publicznie opowiedziało o tym, z czym się boryka. Nie chodzi tylko o pieniądze, ale poziom świadczeń pokazuje, jak kolejne rządy traktowały sprawy tej najsłabszej grupy społecznej. Wystarczy powiedzieć, że ostatnio dostaliśmy „podwyżkę” zasiłku pielęgnacyjnego z kwoty 153 zł do 184,42 zł. Jednocześnie cena leków na padaczkę dla Jeremka wzrosła z 19,90 zł do 98 zł. Większość społeczeństwa nie wie o tym, jak wygląda sytuacja osób z niepełnosprawnościami w Polsce, dlatego te protesty były i są takie ważne. Nie można naprawić całego systemu opieki jedną ustawą w jeden rok, ale trzeba w końcu zacząć to robić! Bez wsparcia ze strony społeczeństwa nasz głos nie będzie brany pod uwagę. Politycy będą uwzględniali sprawy osób z niepełnosprawnościami w swoich programach pod warunkiem, że reszcie społeczeństwa nie będzie to obojętne.

IW: Zostałaś nominowana do tytułu Poznanianka Roku – gratuluję. Naramowice trzymają za Ciebie kciuki.

JT-B: Dla mnie ta nominacja to ogromny zaszczyt. Znalazłam się w gronie tak wybitnych kobiet, że już to jest dla mnie nagrodą!

 

Jak można pomóc Jeremiemu i Jego Rodzicom?

Można przeznaczyć 1% podatku.

Wystarczy wpisać w formularzu PIT:

KRS Fundacji Dzieciom „Zdążyć z pomocą”

KRS 0000037904

cel szczegółowy 20287 Boczko Jeremi

  Można również zrobić darowiznę:

Fundacja Dzieciom “Zdążyć z pomocą”

Alior Bank SA    42 2490 0005 0000 4600 7549 3994

W tytule prosimy podawać: 20287 Boczko Jeremi darowizna na pomoc i ochronę zdrowia