Nagrodzona rozmowa w domu Fundacji "L'Arche"

O Nas » Nagrodzona rozmowa w domu Fundacji "L'Arche"

  • Od lewej: Beata Kowalik, Maciej Bronikowski i Maciej Bajon.
    Od lewej: Beata Kowalik, Maciej Bronikowski i Maciej Bajon.
  • Pan Maciej Bajon
    Pan Maciej Bajon
  • Pani Kasia Szubielska
    Pani Kasia Szubielska

 W słabości jest siła.

W bezlitośnie skwarne, sierpniowe popołudnie jedziemy na skraj Naramowic. Między „Intermarche” a lasem, w willowym klinie, stoi spory, piętrowy budynek. Mieści się tu dom Fundacji L’ Arche (nazywanej w Polsce wcześniej Arką), w którym rodzinę tworzą osoby z niepełnosprawnością intelektualną oraz żyjący razem z nimi asystenci.

Wchodzimy do niewielkiego pokoju biurowego, witając się z panią Katarzyną Szubielską – dyrektorką oraz Panem Maciejem Bajonem – jednym z asystentów.

– Obecnie istnieje 137 Wspólnot L’Arche w 35 krajach. Jesteście w Indiach, Kanadzie… i tu na Naramowicach. Chyba niewielu mieszkańców o Was wie – zagajamy.

- To dobrze i niedobrze, że nie wiedzą – odpowiada z namysłem pani Kasia - bo to, o co nam chodzi, to wtopić się w środowisko lokalne, a nie wyróżniać. Z drugiej strony robimy tutaj ileś fajnych rzeczy, więc warto się pokazać i być jakoś zauważonym. Nasze zadanie to dostrzeżenie osób z niepełnosprawnością intelektualną. Przekonujemy, że to są pełne, kompletne osoby, mające swoje dary i swoje potrzeby.

Jean – oficer marynarki, doktor filozofii i założyciel L’Arche 

- Naszym założycielem jest Jean Vanier – zaczyna opowiadać pani Kasia. – Kanadyjczyk. Jego ojciec był gubernatorem Kanady. Jean został oficerem marynarki wojennej. I w wieku 24 lat, kiedy już coś tam osiągnął, stwierdził, że to nie jest droga, którą chce iść, że to, co robi, nie daje mu radości ani poczucia sensu życia. Wtedy spotkał dominikanina, ojca Tomasza Philippe. Było to przełomowe wydarzenie w jego życiu. Ojciec Philippe wyjechał do Europy, gdzie został kapelanem zakładu psychiatrycznego w Trosly (Francja). W latach 60-tych XX w. zakłady psychiatryczne różniły się od dzisiejszych. Umieszczano tam nie tylko osoby chore psychicznie, ale również z niepełnosprawnością intelektualną. Nie rozróżniano tego specjalnie. A przecież niepełnosprawność intelektualna nie jest chorobą psychiczną! Jean był przerażony nieludzkim sposobem traktowania osób z taką niepełnosprawnością. Głęboko go to poruszyło. I postanowił to zmienić. Kupił jeden z domów w Trosly i zabrał z zakładu trzy osoby, które z nim zamieszkały, ale szybko okazało się , że nie każdy może żyć w warunkach otwartych. Jeden z mężczyzn musiał wrócić do zakładu. Na takich porażkach kształtowała się wspólnota. Od samego początku Vanier miał grono przyjaciół, którzy w swoich środowiskach zakładali kolejne domy. Arka wyrosła na gruncie katolickim, ale ten wzór może zaistnieć w każdej kulturze, niezależnie od wyznawanej religii.

Myślałem, że będę wszystkich kochał … opowiada Maciej

Bycie w Arce to oddzielny rozdział – poznanie tych osób, ich słabości, swoich słabości, zetknięcie się z czymś, o czym nie miałem pojęcia. Myślałem, że kiedy zostanę asystentem, to od pierwszego września będę wszystkich kochał i szanował. Będziemy się przytulali do siebie i uśmiechali. To okazało się kompletną bzdurą – już na drugi dzień chciałem wyjść z krzykiem, bo ktoś, kto nie może pić kawy pił już czwarty kubek i mnie nie słuchał. Niesamowita nauka cierpliwości i miłości do drugiego człowieka. Nie ma być tak, że oczekuje się posłuszeństwa, bo każdy ma prawo decydować o swoim życiu. Ja jestem po to, żeby proponować inne rozwiązanie. Myślałem, że jestem opiekunem tych ludzi, a okazało się, że tak naprawdę, oni opiekują się mną. Ja mogę podać im tabletkę, pomóc przy robieniu obiadu, a oni pokazują mi, Macieju, jesteś biednym i słabym człowiekiem. Moja słabość, o której nie wiedziałem nawet, że istnieje, tutaj zaczęła wychodzić. I zaakceptowałem to, że nie jestem idealny. Bo oni to akceptują. Na wejście usłyszałem: „O, jesteś piękny!” A ja na wejście myślałem – „Co ty możesz mi dać?” Kiedy opowiadam o życiu tutaj komuś z zewnątrz, to na ogół po prostu mówię, że jest fajnie. I tyle. Bo tej rzeczywistości nie da się opowiedzieć w jednym zdaniu.

Gdybym był ministrem,

 to każdego ucznia wysłałbym tu na wakacje, żeby zobaczył, że to, co dziś świat proponuje, często jest bzdurą, kłamstwem. W przeciwieństwie do tego, co nam się wmawia i pokazuje, to właśnie w słabości jest siła. I w mojej słabości jest również siła, kiedy akceptuję to, czego nie potrafię w sobie zmienić. I tego, że nie jestem cierpliwy i tego, że oni mnie nie słuchają. Mogę reagować albo z miłością, do siebie i do niego, albo mogę się denerwować. I częściej się jednak denerwuję! Ale to tylko świadczy, że jeszcze długa droga przede mną. Jak by mi tak wszystko się udawało, to bym wpadł w pychę i egocentryzm i wszystkich tutaj ustawiał. A tak to nie jestem w stanie. I dobrze. Muszę pamiętać, że ten drugi ma takie samo prawo – też się złościć na mnie, być rozczarowany swoim życiem, ma prawo wymagać ode mnie partnerskiego traktowania. Np. Artur czuje misję pomagania, pozmywa sam z siebie, pozamiata. Ale też chce się czuć w gronie mężczyzn. Pragnie z nami siedzieć i być częścią tego grona. Każda z tych osób była jakoś inaczej wychowywana i każda ma swoją osobowość… Kiedy przychodzą nowi asystenci i mówią, jak tu jest pięknie i jak cudownie, to ja mówię: „Uhm, podoba się? To się cieszę.” Chociaż kiedyś od razu ostrzegałem, że szybko zmienią zdanie. Często po dwóch miesiącach odchodzą i to jest normalne. Ja przecież sam dojrzewałem rok do tego, żeby być asystentem i tu zamieszkać. Arka – to jest prawdziwe życie i na pewno jest w nim piękno, ale nie polukrowane. Jean Vanier też musiał czasem powiedzieć: „Nie udało się, nie wyszło, jak chciałem.” Kiedy jestem smutny, to adam, taki wysoki, chyba już 16 lat tutaj mieszka, podchodzi i mówi: "Macieju, jesteś smutny." I mnie łapie za głowę. "A teraz jesteś pocieszony". I to jest jak błogosławieństwo. A czasem to on mówi: "weź mnie pociesz." I wtedy ja kładę rękę na jego głowie. Tak to jest, tak tu wygląda życie. W Arce żyje się Ewangelią. Jest cierpienie, radość, smutek, rozgoryczenie, wszystko tu wychodzi. Arka uczy wychodzenia od siebie do drugich, akceptacji tego, ze nie jest sie idealnym ani samowystarczalnym. Dla mnie oni tutaj są wzorem człowieczeństwa. Oni nie kalkulują, czy ja ich lubię czy nie. Nie zgrywają się, nie udają.

- Moje doświadczenie było bardzo podobne.  – włącza się w opowieść Macieja pani Kasia. - Przychodzimy ze społeczeństwa, w którym jest konkurencja, rywalizacja, trzeba się wykazywać, bezustannie coś komuś udowadniać. Szkoła, rodzina, otoczenie – wszyscy mają wobec nas jakieś oczekiwania. Boimy się źle wypaść, popełnić błąd, chociaż to jest takie zwykłe, ludzkie…  A tu człowiek wchodzi i jest akceptowany od początku. To otwiera pole do własnego rozwoju: powietrze z nas uchodzi i można iść dalej. My w Arce na bieżąco widzimy, że wciąż popełniamy błędy, upadamy, ale rozumiemy, że to nie jest kwestia upaść, tylko wstać i iść - dalej. Przeżyć, pokonując różne błędy. A jak się źle wypadnie, to naprawdę nie koniec świata jeszcze. 

Dzień wygląda tak…

- Dzień wygląda tak – pan Maciej zaplata dłonie i nabiera głębszy oddech - Wstaje się rano mniej więcej o szóstej, w zależności od tego, dokąd trzeba jechać na warsztaty. Są to warsztaty terapii zajęciowej. Większość osób pracuje, za symboliczne wynagrodzenie, ale dające im poczucie przynależności. Wstają więc o szóstej rano, szykują śniadanie, a razem z nimi musi oczywiście wstać asystent, który da tabletkę, pomoże pokroić chleb, wyłożyć wędlinę, takie najprostsze rzeczy. Przypilnuje, czy kaptur założony, jak deszcz pada, czy są kalesony. Niektórzy np. mają zaburzone odczucie ciepła. Do 9.00 wszyscy zostają dowiezieni na swoje zajęcia. Między 9.00 a 15.00  asystenci jadą na zakupy, mają trochę czasu dla siebie, potem robią obiad. O 15.30 jest najważniejsza część dnia, czyli wspólny obiad. Siadają wtedy z nami zaproszeni goście, jak ktoś chce się pokłócić, to się kłóci, jak chce siedzieć cicho, siedzi cicho. Jak ktoś nie chce, to nawet nie przychodzi. Ale to jest najważniejsza część dnia, którą celebrujemy. Spokojnie jemy, potem sprzątamy. Wszyscy mają swoje dyżury sprzątania, zmywania naczyń. Potem jest kawa i ciastko. Czas popołudniowy staramy się zagospodarować najlepiej, jak można, np. iść na spacer do lasu, na naszą tu siłownię, iść do kina, w odwiedziny do kogoś, ostatnio na konie jeździmy, gramy w karty. Czasem siedzimy i słuchamy radia. Proponujemy sami różne czynności, np. koszenie trawy. Artur tak lubi kosić trawę! Czuje wtedy swoją ważność. Potem jest kolacja, która trwa około godziny, zmywanie i o 20.00 jest przygotowywanie do snu, chociaż czasem jeszcze siedzimy i np. oglądamy telewizję. 

Naszemu życiu towarzyszy modlitwa. Raz w tygodniu jest msza święta, a w niedzielę chodzimy do kościoła. Niektórzy mają ulubione kościoły i tam jadą z asystentem. Pomagają mi też przy zbiórce do puszek przed kościołem, kiedy mam moje dwie minuty po ogłoszeniach, żeby powiedzieć o Arce.

Kwestia finansowa

- Państwo musicie się sami utrzymać? – podchwytujemy od razu kwestię finansową.

- Mamy dotację z miasta. To jest mniej więcej 1/3 naszego budżetu. – wyjaśnia pani Kasia. – Do tego dochodzą pieniądze z części rent naszych mieszkańców. Łącznie daje nam to połowę potrzebnych środków, a połowę musimy uzbierać i tu zaczyna się rola Macieja. Mamy pewnych stałych darczyńców, takich, którzy np. co miesiąc wpłacają 10 złotych. Była też akcja „Razem możemy więcej”. Mamy jednoprocentowy podatek, czasem pojawi się jakiś większy sponsor. Prowadzimy też zbiórkę w kościołach. 

-Zawsze jest dziura, ale zawsze wystarcza. – śmieją się razem z panem Maciejem. - To jest Opatrzność.

- Przygotowujemy też dodatkowe atrakcje, np. w styczniu mieliśmy koncert kolęd orkiestry wojskowej, organizowaliśmy różne występy. – wraca do tematu codziennego życia w Arce pani Kasia. - Na pewno przygotujemy coś za rok na 20 – lecie. Może koncert? Zobaczymy. Chcielibyśmy robić więcej, ale nasi mieszkańcy są coraz starsi, chorują. Tradycyjnie brakuje nam asystentów.

Wiem, że uczestniczę w czymś dobrym…

- Są wolontariusze – włącza się pan Maciej - którzy przychodzą regularnie, są też tacy, którzy przychodzą raz, dwa razy. Ale będą pamiętać o Arce. To już zostało im wszczepione. Pobyt tutaj zmienia mentalność młodego człowieka. Są szkoły, które nam pomagają. Mamy też przyjaciół, taką grupę wsparcia na telefon. Potrzebujemy np. kierowcy, to dzwonimy i pytamy: „Możecie przyjechać?” To są często byli asystenci, którzy np. znaleźli sobie tu mężów czy żony.  Odkąd tu jestem, to już trzy pary się sparowały, a dwie mają datę ślubu. Potem, już jako rodziny, ciągle nas wspierają, np. biorą do siebie kogoś na całe popołudnie. To są niesamowite relacje.

- Zgłaszają się też osoby, które chcą być stałymi wolontariuszami. Upewniamy się najpierw, czy ktoś jest w stanie systematycznie do nas przychodzić. – zaznacza pani Kasia. - Chodzi o to, że jak ktoś zaczyna zaprzyjaźniać się z naszymi mieszkańcami, to kiedy zrezygnuje, mamy kłopot, bo ktoś już za nim tęskni, pyta o niego. 

- Często jest tak, że nie wiemy, jak się zachować przy osobie z niepełnosprawnością intelektualną… - przyznajemy.

- Najważniejsze, to zachowywać się normalnie, cokolwiek to znaczy! – wybucha śmiechem pani Kasia. – Wiem, wiem, to nie jest takie oczywiste. Kontakt często nawiązuje się po pewnym czasie. 

Pan Maciej ma opracowany patent:

- Na początek dobre jest…  sprzątanie. Przychodzi wolontariusz  i pyta,co ma robić? „Proszę, tu jest mop, tu wiadro, umyj korytarz!” A jak ktoś z mieszkańców tamtędy przejdzie i powie: „Jak żeś ładnie posprzątał!” - to już nawiązuje się relacja. Tak się zaczyna.

Wciąż potrzebujemy asystentów. I dochodzących i takich, którzy zamieszkaliby w domu.  Zwłaszcza brakuje nam asystentek. Z całego serca zapraszamy wolontariuszy, którzy mogliby systematycznie ofiarować nam odrobinę swojego czasu. Mamy wolontaryjny zarząd wspólnoty, do którego też potrzebujemy nowych ludzi. Przydałaby nam się pomoc prawników, księgowych, architektów. Ja nie wymagam od nikogo wielkich cech. Sam ich nie mam. Wiem, że uczestniczę w czymś dobrym i mam satysfakcję.

 

Rozmawiały: Beata Kowalik i Renata Zychla