Osiedle przy Sarmackiej – udany przedwojenny eksperyment

Strona Główna » Osiedle przy Sarmackiej – udany przedwojenny eksperyment

  • dr Adam Szabelski
    dr Adam Szabelski
  • Władysław Czarnecki
    Władysław Czarnecki
  • Marian Spychalski
    Marian Spychalski
  • Tak wyglądały domki
    Tak wyglądały domki
  • Przy Forcie V widać działki osiedla
    Przy Forcie V widać działki osiedla
  • Wesele na osiedlu
    Wesele na osiedlu
  • Oswald Frank
    Oswald Frank
  • Szkoła w roku 1945
    Szkoła w roku 1945

 

Południowo-zachodni skraj Naramowic, po obu stronach ulicy Sarmackiej, zajmują regularnie rozmieszczone małe domki na równie regularnie podzielonych działkach. Uliczki, a raczej drogi, są tam wąskie, bez asfaltu. W bezpośredniej bliskości rozbudowana właśnie Szkoła Podstawowa nr 48 oraz pozostałości Fortu V. Kto trafi spacerem lub przejazdem do tej części Naramowic, często nie wie, że ogląda coś, co było udanym i przemyślanym przedwojennym eksperymentem społecznym. Stał za nim mądry architekt i władze miasta Poznania.

O tym, jak powstało osiedle domków przy Sarmackiej, opowiada dr Adam Szabelski, z Naramowicami związany niemal od urodzenia, ponadto przez szereg lat radny naszego osiedla. Choć zawodowo zajmuje się historią Węgier, jego hobby pozostają Naramowice. 

- W rejonie, który nas interesuje, mamy na starej mapie z lat dwudziestych widoczny obrys dużego obiektu. Tylko kontur, bez szczegółów, bo to obiekt wojskowy - Fort V. Natomiast tereny między dzisiejszą Naramowicką a Umultowską są zupełnie puste. Były tam tylko pola, w dodatku niezbyt wydajne, więc specjalnego pożytku z nich nie było. Jak wspomina w swojej książce Władysław Czarnecki, architekt miejski ówczesnego Poznania, który przybył z Galicji, wygrywając konkurs na to stanowisko, miasto miało poważny problem. Była nim bieda. Mówimy o latach po pierwszej wojnie światowej, która była czasem ogromnego wyzysku ziem polskich. Co można było wyeksploatować, wykraść lub wywieźć – to zostało wyeksploatowane, wykradzione i wywiezione. Zaraz potem wybuchła wojna z bolszewikami, potem światowy kryzys. Mimo więc, że Poznań w II RP uchodził za miasto bogate, tak naprawdę żyło w nim, walcząc o przetrwanie, wielu biednych: bezdomnych, bezrobotnych, ludzi w trudnej sytuacji życiowej, kalek z wojennymi obrażeniami, żołnierzy, którzy po latach wojaczki nie mogli się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Czarnecki miał świadomość tego społecznego problemu. Zastanawiał się nad jego rozwiązaniem, konsultował się z urzędnikami, rozmawiał z dyrektorem Ogrodów Miejskich Poznania Władysławem Marcińcem: może by tak, skoro ludzie nie mają gdzie się podziać, dostosować na przykład ogródki działkowe do stałego zamieszkania? Tylko gdzie? I tu pojawił się pomysł, że skoro na Naramowicach tereny są piaszczyste, więc marne jako ziemia uprawna, to czy nie byłoby korzystniej podzielić je na działki, takie po około 800 m² na rodzinę i zaprojektować ich zabudowę? Przewidywana powierzchnia ogrodu dawałaby mieszkańcom możliwość zapewnienia egzystencji na podstawowym poziomie, czyli wyżywieniu się dzięki hodowli małych zwierząt: królików, kur i kaczek oraz korzystaniu z owocowo-warzywnych plonów. 

Niesamowite, jak ludzkie losy w historii się splatają. Czarnecki zlecił zadanie opracowania projektu jednemu z praktykantów, którym był… Marian Spychalski, już wtedy należący do partii komunistycznej, potem w czasie II wojny żołnierz i oficer AL, a później marszałek Polski! Trzeba przyznać, że zrozumiał on pomysł Czarneckiego i przyłożył się do zadania. Spychalski zaprojektował małe domki o powierzchni zaledwie 32 m², bo przecież chodziło o taniość i szybkość budowy. Przy każdym miało stać skromne pomieszczenie gospodarcze. Na dziesięć działek przypadała jedna ręczna pompa. Oczywiście nam obecnie takie rozwiązanie wcale nie wydaje się jakimś udogodnieniem, ale wtedy było! Do dziś gdzieniegdzie jeszcze te stare pompy się zachowały. Zadbano, zgodnie z wielkopolską zasadą skrzętności i pracowitości, żeby - z jednej strony - ludzie nie dostawali działek całkiem za darmo, ale z drugiej – żeby nawet ci ubodzy i bezrobotni byli w stanie za nie płacić, nie popadając w zadłużenie wobec miasta. Tak więc osoby które chciały tu mieszkać, musiały same budować lub pomagać przy stawianiu domków, a ponadto płacić 12 złotych czynszu miesięcznie. Dla porównania pensja robotnika wynosiła wtedy około 100 zł. Wzięto jednak pod uwagę, że nawet  taka opłata może być dla niektórych, zwłaszcza bezrobotnych, nie do udźwignięcia, dlatego umożliwiono mieszkańcom jej odpracowywanie. Zazwyczaj były to zajęcia ogrodniczo-porządkowe gdzieś na terenie miasta, w wymiarze 6 godzin dziennie przez 6 dni. Dzięki takiemu rozwiązaniu nikt nie musiał martwić się o niezapłacony czynsz. Ponadto miasto traktowało działki jak nisko opodatkowaną pożyczkę, którą mieszkańcy spłacali w czynszu. Po 20 latach miały one przechodzić na własność. Ta perspektywa dopingowała mieszkańców do starannego utrzymywania domów i ogrodów, skoro mieli stać się w przyszłości ich właścicielami. Osiedlających się w domeczkach przy Sarmackiej postanowiono wspomóc na początek w inny jeszcze sposób. Jak mówiłem, władze miasta zakładały, że w wyżywieniu rodzin pomogą plony z ich 800-metrowych ogrodów. Dlatego ówczesny poznański związek ogródków działkowych przekazał nasiona oraz sadzonki drzewek i krzewów, w wyliczonej precyzyjnie na każdą rodzinę ilości. Myślano perspektywicznie. Starano się zachęcać bezrobotnych mieszkańców do wyuczenia się rzemiosła, np. robienia zabawek własnej konstrukcji na sprzedaż. Inną możliwością zarobku były prace sezonowe u szkółkarzy w majątku dworskim tuż obok. Nie wolno było natomiast podnajmować działek.

Pora powiedzieć kilka słów o tym, kim byli pierwsi mieszkańcy. Troszkę przypominali dawnych osadników z czasów kolonizowania Australii. Pan Aleksander Przybylski dotarł do wniosków o przyznanie działek na Naramowicach i dzięki temu wiemy, skąd ci ludzie zaczęli się tutaj pojawiać. Duża ich grupa składała się z byłych wojskowych, powstańców wielkopolskich, jednym słowem - kombatantów, którzy przeszli szlak wojenny od pierwszej wojny światowej po polsko-bolszewicką. Młodość im minęła podczas wieloletniej żołnierki, żadnego zawodu się nie wyuczyli (bo kiedy?), więc nic poza wojaczką nie umieli. Drugą grupę osadników stanowili reemigranci, głównie z Francji i Niemiec. Po wojnie, z powodu kryzysu gospodarczego, nasza emigracja nie była mile widziana na Zachodzie, więc robotnicy, czy górnicy, np. z Zagłębia Ruhry, wracali do kraju. Jedna z mieszkanek Sarmackiej opowiadała mi, że jej dziadek, kiedy przyjechał, desperacko (a może pomysłowo?) zostawił żonę z małym dzieckiem na wozie pod samym ratuszem. Siedziała tam cały dzień, aż wreszcie ktoś z władz zainteresował się biedaczką, wyszedł z urzędu i pomógł, przydzielając jej błyskawicznie działkę. I mąż wtedy cudownie się „odnalazł”. Tak więc widzimy, że również wtedy, biorąc sprawy w swoje ręce, można było rozwiązać je znacznie szybciej. 

Szybko na „działkach”, jak je nazywano, pojawiło się kilka nowych problemów. Władze miasta uznały, że musi zostać wyznaczony ktoś w rodzaju szefa czy sołtysa, żeby prowadzić administrację na miejscu. Znalazł się fantastyczny człowiek, który świetnie sobie radził z tutejszymi ludźmi, pochodzącymi z rozmaitych stron – nie tylko kraju, ale i świata. Jako były sierżant, dzięki temu, że szacunek dla munduru był wtedy duży, łatwo zyskiwał sobie posłuch. Przy tym był to człowiek rzutki i zaradny, prowadził jedyny na osiedlu sklepik. Jednak starosta nie chciał go zatwierdzić na nowym stanowisku. Dlaczego? Okazało się, że pan ten miał wyrok za fałszowanie dolarów! Wersja sierżanta była taka – po wojnie nie miał z czego żyć, a że miał talent do rysowania - stąd te dolary. Architekt Czarnecki ujął się za nim, a starosta jako były wojskowy na szczęście zrozumiał sytuację i ostatecznie zatwierdził sierżanta, którego nazwisko niestety nie zachowało się, a który okazał się sprawnym i dobrze „czującym” działkową wspólnotę organizatorem. 

Kolejny problem – miejscowy proboszcz złożył oficjalny protest do władz Poznania, że nie zgadza się, aby sprowadzać tutaj ludzi z podejrzaną przeszłością i niejasną reputacją. Również w tej kwestii zadziałał skutecznie Władysław Czarnecki, tym razem posługując się fortelem. W rozmowie z księdzem zgodził się na przeniesienie mieszkańców w inne miejsce, prosząc jednocześnie o wskazanie parafii, do której mieliby oni zostać przeprowadzeni. Oczywiście proboszcz nie chciał wchodzić w konflikt z inną parafią, więc wycofał się ze swojego pomysłu. Zresztą po jakimś czasie sam szczerze przyznał, że źle osądził tych ludzi. Zaczęli oni chodzić do kościoła, zawiązała się między nimi autentyczna wspólnota. 

Poznański pomysł stworzenia taniego osiedla dla ludzi potrzebujących pomocy był podziwiany w całej Polsce. Przedstawiano projekt domku naramowickiego jako sposób na rozwiązanie problemu biedy. Po tym sukcesie miasto zdecydowało się powiększyć to osiedle. W roku 1935 przeznaczyło na rozbudowę osiedla na Naramowicach 200 tysięcy złotych. 

Ale kolejny problem nie dał na siebie długo czekać – był nim szybki wzrost liczby dzieci. Osiedle przy Sarmackiej liczyło 175 działek, a skoro każda rodzina miała kilkoro pociech, łatwo sobie wyobrazić, jak szybko przybywało uczniów. Jedyna naramowicka szkoła mieściła się w niewielkim budynku przy ulicy Rubież, dzisiaj należącym do technikum. Nazwa „Rubież”, nawiasem mówiąc, była nieprzypadkowa - bo faktycznie tam przebiegała kiedyś granica miasta. Szkoła szybko się przepełniła, a w urzędzie miasta Poznania rozpoczął się festiwal pomysłów, jak ten problem rozwiązać. Między innymi planowano wykorzystać na szkołę Fort V, co było już zupełnie kuriozalną propozycją. Zachowało się dramatyczne pismo z 1936 roku od inspektora szkolnego, który zawiadamia, że dzieci z Sarmackiej przyjmować nie będzie, bo nie ma takiej możliwości. Doraźnie rozwiązano problem, po prostu urlopując część uczniów i wprowadzając rotacyjność uczęszczania do szkoły.

I tu spotykają się losy przedwojennego sanacyjnego generała i przyszłego komunistycznego marszałka (informacje o nim znajdziemy w pierwszej części artykułu, w poprzednim numerze),  który zaprojektował osiedle. Splatają się właśnie przy Sarmackiej. Pan Oswald Frank był zasłużonym generałem z czasów wojny z bolszewikami, świetnym organizatorem i wrażliwym społecznie człowiekiem. Może sam czuł potrzebę, aby dopomóc tutejszym mieszkańcom, a może była to bardziej zasługa jego żony Haliny Frank - w każdym razie zostawił w swoim testamencie środki na zakup działki pod budowę szkoły. Dzięki zaangażowaniu wdowy dość szybko ją wybudowano, a patronem placówki został generał Oswald Frank. Jego imię przywrócono szkole dopiero w roku 1989. Niedawno, dzięki pozyskaniu środków unijnych, przedwojenny budynek Szkoły Podstawowej nr 48 przy ul. Sarmackiej udało się rozbudować, nie zobaczymy go więc już w dawnej postaci, ale jeśli przejdziemy się na spacer w rejon dawnych „działek”, napotkamy jeszcze domki, które zachowały swą dawną bryłę. Zwróćmy uwagę na tę pamiątkę po dawnej, udanej inwestycji i nowatorskim na owe czasy eksperymencie społecznym.

Oprac. Renata Zychla 

 

Fot. "TN", archiwum prywatne E. Skrzypczyńskiej, Wikipedia