Pięć procent księdza Bosco (z "TN"78)

Strona Główna » Pięć procent księdza Bosco (z "TN"78)

  • Ksiądz Tomasz Kościelny
    Ksiądz Tomasz Kościelny
  • Dom Młodzieży przy ul. Sarmackiej
    Dom Młodzieży przy ul. Sarmackiej
  • W holu wita figura księdza Bosco
    W holu wita figura księdza Bosco
  • Kuchnia w jednym z budynków
    Kuchnia w jednym z budynków
  • Widok od strony Przedszkola "Pszczółki"
    Widok od strony Przedszkola "Pszczółki"
  • Kaplica znajduje się obok gabinetów i pomieszczeń biurowych
    Kaplica znajduje się obok gabinetów i pomieszczeń biurowych

Na południowo-zachodnim skraju Naramowic, blisko ulicy Umultowskiej, stoi od niedawna kompleks pięciu niewielkich, piętrowych budynków o spokojnej architekturze i miłych dla oka kolorach. To Salezjańskie Centrum Opiekuńczo-Wychowawcze „Dom Młodzieży”, działające na zlecenie Miasta Poznań. Prowadzi je ksiądz Tomasz Kościelny, z którym rozmawiam o mieszkańcach ośrodka, pracy wychowawczej i tym, co różni salezjańskie placówki od innych.

Z czyjej inicjatywy powstał „Dom Młodzieży” na Naramowicach?

TK: On nie powstał, został przeniesiony. Kontynuujemy tutaj coś, co powstało w roku 1949 przy ulicy Grunwaldzkiej w barakach i nazywało się wtedy „Pogotowiem opiekuńczym”. Przy różnych ustrojowych oraz resortowych przeobrażeniach, a także zmianie lokalizacji (w 1956 wybudowano na jego potrzeby kompleks przy ul. Wojska Polskiego) Pogotowie funkcjonowało przez 60 lat jako placówka resocjalizacyjna, prowadzona przez Miasto. Obecnie, według ustawy z 2011 roku, jest placówką pieczy zastępczej. Pierwotną rolą pogotowia było zbieranie dzieci ulicy i dysponowanie ich: czy to do instytucji resocjalizacyjnej, czy leczniczej, czy rodzin zastępczych. 11 lat temu, kiedy Miasto rozpisało konkurs na prowadzenie placówek pieczy zastępczej, także my – salezjanie - zostaliśmy do niego zaproszeni. A że dla nas nie było to nic nowego, bo prowadzimy takich placówek nie setki, ale tysiące na świecie, podjęliśmy się tego zadania. Nasze zgromadzenie zakonne specjalizuje się w wychowaniu młodzieży od XIX wieku, prowadzimy 1100 szkół na świecie i 1200 tego typu placówek, jak naramowicka. Mamy ogromne doświadczenie. Działamy w 132 krajach świata, oczywiście uwzględniając specyfikę danego rejonu - inaczej pracujemy w Moskwie, inaczej w Argentynie czy krajach afrykańskich. Ja sam mam różne i pozbierane z rozmaitych miejsc doświadczenia za sobą: pracowałem zarówno w szkołach otwartych, jak i naszych salezjańskich, prowadziłem bursę, ośrodek wychowawczy resocjalizacyjny, pracowałem w zakładach poprawczych i z bezdomnymi. Zasada jest taka: im wcześniej się dotrze do rodzin potrzebujących czy dysfunkcyjnych z ofertą pomocy, tym większe można osiągnąć efekty. Jeśli na wcześniejszym etapie we współpracy z innymi instytucjami wychwytujemy problemy dzieci, możemy z nimi więcej zdziałać, większy procent wyprowadzić na prostą.  Natomiast im później, tym jest gorzej, potem są potrzebne placówki resocjalizacyjne, trzeba używać innych metod i pracuje się w innych realiach, bo dzieci mogły już na przykład porzucić szkołę czy wejść w konflikt z prawem. W roku 2008 przejęliśmy Pogotowie Opiekuńcze od miasta (niewielkie, liczące około 60 wychowanków) i wkrótce weszliśmy z innymi tego typu placówkami w przeobrażenia ustawowe, bo od 2011 roku zaczęła obowiązywać nowa ustawa o wspieraniu rodziny i pieczy zastępczej. Nakreśliła perspektywę dziesięciu lat na to, żeby zupełnie przekształcić cały obszar oddziaływań państwa w tym zakresie. Dawniej domy dziecka i pogotowia powstawały z założenia jako molochy. Państwo (mowa o PRL) zajmowało się jak największą liczbą dzieci, co przy okazji umożliwiało przekazywanie odpowiedniej ideologii. Teraz pracuje się przede wszystkim nad rodziną, żeby dzieci mogły do niej wrócić. Jeżeli się to nie udaje, szuka się form zastępczych, ale wciąż „rodzinnych”, takich jak adopcja czy pobyt w rodzinie zastępczej. Umieszczenie dziecka w placówce jest ostatnim w kolejności brania pod uwagę rozwiązaniem. Ponadto ustawa przewiduje, że do stycznia 2021 roku wszystkie placówki pieczy zastępczej mają być nie większe niż 14-osobowe. Zgodnie z tym zapisem Miasto musi więc dzielić istniejące lub budować nowe, odpowiednio małe. I takie są właśnie nasze cztery budynki naramowickie. Tutaj, w warunkach możliwie zbliżonych do domowych, zastępujemy rodziców, którzy z różnych powodów nie radzą sobie z wychowaniem.

Na jak długo dzieci tu trafiają?

TK: O tym decyduje sąd, to obszar kodeksu rodzinnego i ustawy o pieczy zastępczej, często są to długotrwałe etapy. Dobre w nowej ustawie jest założenie, aby w miarę możliwości dziecko zostawało w tym samym miejscu, nieprzerzucane z jednej placówki do drugiej, jak to było kiedyś. Trafiają do nas różne przypadki, z interwencji doraźnej, niebieskiej karty, dzieci pościągane z ulicy, uciekinierzy, mali cudzoziemcy znalezieni na dworcu. Policja czy kurator przywozi dziecko do nas, żeby miało gdzie się podziać. To pierwszy etap, przedsądowy. Po nim następuje kolejny (około trzymiesięczny, a często dłuższy), kiedy sąd ma czas na rozeznanie sytuacji rodzinnej danego dziecka. Wtedy ogranicza rodzicom prawa poprzez umieszczenie w placówce interwencyjnej, zleca badania biegłym specjalistom, itd. Później, kiedy zdecyduje, że w swojej rodzinie dziecko jednak pozostać nie może, a nie ma dla niego innych rozwiązań ad hoc, typu rodzina zastępcza, to na mocy postanowienia sądu zostaje ono u nas w socjalizacji i wtedy pełnimy dla niego rolę - najprościej mówiąc – domu dziecka. 

Do kiedy może tutaj pozostać?

TK: Formalnie do ukończenia 18 lat, ale są tacy, którzy zostają dłużej, mamy w tej chwili kilka takich przypadków. Podpisujemy z nimi wtedy kontrakt. Póki się uczą, studiują, jeśli chcą - mogą pozostać w domu. Na ogół jednak w wieku 19 lat nasi wychowankowie się usamodzielniają. Miasto Poznań ma dla nich dosyć ciekawą ofertę w porównaniu z innymi miastami: są w puli różnego rodzaju mieszkania chronione, socjalne, treningowe. Przy pewnym wysiłku, we współpracy z MOPR, udaje się takie lokum uzyskać. 

Czy rodzicom wolno się kontaktować z dziećmi?

TK: Tak, oczywiście, to podstawa! Przecież generalnie zamysł jest taki, żeby dzieci wracały do rodzin, więc my, co zabrzmi paradoksalnie, bardziej pracujemy z rodzinami niż z samymi dziećmi. Nasi pracownicy socjalni są, co mówię z dumą, naprawdę wysokiej klasy specjalistami.

Przekładając na język niespecjalisty – uczą rodziców, jak stworzyć dobrze funkcjonującą rodzinę?

TK: Dokładnie tak, a to wymaga wielospecjalistycznej pomocy, wręcz prowadzenia za rękę. Bywa, że rodzice sami potrzebują terapii: psychiatrycznej, leczenia uzależnień, czy też innego wsparcia. Nasi specjaliści kierują ich do odpowiednich placówek, pracując intensywnie nad tym, aby rodzina była gotowa na przyjęcie dziecka z powrotem, albo przynajmniej na wspólne święta czy wakacje.

Czy w rodzicach jest chęć współpracy?

TK: A to już zależy od ich podejścia i skali problemów. Także od szerzej pojętego środowiska, które na nich wpływa, a często jest zdemoralizowane. Nasi pracownicy nie odpuszczają, mobilizują w kierunku zmian. Procent rodzin, których funkcjonowanie udaje się radykalnie poprawić, nie jest wielki, ale bywa, że nasze wysiłki kończą się powodzeniem. Wtedy wnioskujemy do sądu, żeby dziecko wróciło do rodziny. Testujemy też pośrednie rozwiązania, np. dłuższe urlopowanie do domu, choć rodzi to z kolei szereg problemów natury formalnej.  Największe kłopoty mamy z takimi rodzicami, którzy nie akceptują tego, że sąd  zabrał im dzieci, a widząc w nas przedłużenie ręki tego sądu, próbują na różne sposoby interweniować. Oskarżają, ściągają masę instytucji kontrolnych. Podchodzimy do tego spokojnie.

Z pewnością nie jest to łatwe…

TK: Tak, trzeba mieć odporność psychiczną i odskocznię, ja mam dwie: spadochroniarstwo i aktualnie żeglarstwo. Poświęcam temu każdą wolną chwilę. Nasze dzieci też realizują swoje pasje, mamy tu m.in. koło żeglarskie.

Jak wygląda codzienność Waszego Domu?

TK: Założenie jest takie, żeby jak najwięcej elementów przypominało układ rodzinny. Dzieci mieszkają u nas w czterech domkach, maksymalnie czternaścioro w jednym. Mają wychowawcę, który za nie odpowiada i zajmuje się wszystkimi ich sprawami. Rano razem robią sobie śniadanie w kuchni, potem idą do szkoły. We wszystkich obszarach muszą wykazywać samodzielność, bo niedługo będą musiały same radzić sobie w życiu. Uczą się sprzątać, prać, gotować. Myślę że na tym etapie umieją więcej niż ich rówieśnicy wychowujący się w normalnych rodzinach, gdzie dwunastolatka raczej nikt nie uczy prania, a tutaj tak, bo trzeba. Nie ma osoby, która to za nie zrobi. Oczywiście czynności takie odbywają się pod opieką wychowawcy.

Czy dorośli wychowankowie wracają, utrzymują kontakt?

TK: Bardzo często wracają, szukają zainteresowania, psychicznego wsparcia. Więź z nami trwa, mimo że są dorośli. Układa im się różnie, widać, że dziewczętom jest trochę trudniej, bo one zazwyczaj bardzo szybko chcą się usamodzielniać i stawiają na nie zawsze sprawdzone relacje. Chłopcy szukają innych rozwiązań, zdobywają umiejętności zawodowe, a jeśli chcą się dalej kształcić, nie ma z tym problemu. Chcemy, żeby nasi wychowankowie mieli jak najlepszy start, więc umożliwiamy im np. zdobycie prawa jazdy, czy szkolenie na operatora wózków widłowych. Dzisiaj w Poznaniu łatwo można się zatrudnić. Uczymy też właściwego stosunku do pracy.

Co odróżnia salezjański model wychowawczy od innych?

TK: Zacznę od przykładu. Czasami nasze dzieci chcą zmienić szkołę, bo wybrały sobie inną, państwową. I co się dzieje? Wracają po tygodniu, miesiącu, roku. Rekordzista wrócił z papierami tego samego dnia. Dlaczego? „Tam się mną nikt nie interesował”. Dziecko u nas nie niknie w tłumie, czuje się ważne, jest kimś. To jest wyróżnik z punktu widzenia podopiecznych. Natomiast gdyby ktoś patrzył z zewnątrz, to różnica polega na czynniku religijnym. Ale religia nie jest dodatkiem, jest u nas czymś normalnym, jak wszystkie obszary życia i funkcjonowania. Czyni system wychowawczy spójnym. My mamy punkt docelowy, wiemy, dokąd idziemy. W dzisiejszym świecie mówi się często o wychowaniu „neutralnym”. System wartości ma być ogólny, „humanistyczny”. Ale dzieci nie wiedzą, dokąd są prowadzone, w jakim kierunku i celu. Ja jestem pedagogiem z zamiłowania i wiem, że nie ma pedagogiki bez punktu dojścia, systemu konkretnych wartości, w którym się chce wychowywać. Trzeba wiedzieć, co się zamierza osiągnąć, a nie zakładać, że dziecko samo sobie wybierze. Dziś mamy ogromny problem z wychowaniem, bo pojawił nam się nagle pseudowychowawca, którego obecności oraz wpływu na dzieci dorośli nie są do końca świadomi. To ogromna rewolucja w pedagogice! Zawsze, niezależnie od systemów wychowawczych, to żywy człowiek, dorosły, był tym, który pokazywał świat i wprowadzał młodego człowieka w życie, stopniowo, w sposób adekwatny do jego rozwoju. Dzisiaj tego nie ma. Zapanował chaos. Dorośli przestali być potrzebni dzieciom, bo one poznają świat za pomocą kliknięcia, a nie są na to gotowe, dojrzałe do przyjęcia informacji, ich przefiltrowania i poukładania. Stąd pojawiają się kłopoty, szkoły często nie wychowują, bo nie wiedzą jak.

Niektórzy rodzice wcale nie chcą, żeby szkoła wychowywała ich dzieci. Wręcz podkreślają, że sobie tego nie życzą, bo zadaniem szkoły jest uczyć.

TK: Pozwoli Pani, że uśmiechnę się tu z politowaniem. Ci sami rodzice oddają dzieci na wychowanie wirtualne, nie mając pojęcia, co za tym się kryje. Dzisiaj potrzebne są w szkole nowe przedmioty, która będą uczyć poruszania się w alternatywnym świecie internetu, bo to jest zupełnie odrębny świat. Nasz tradycyjny powoli przestaje dzieci interesować. Musimy szybko coś z tym zrobić. 

Patronem Waszym, a zarazem twórcą idei wychowawczych jest święty Jan Bosco, włoski ksiądz.

TK: Który działał w Turynie w XIX wieku. Pochodził ze wsi. Zauważył, że w warunkach ówczesnej rewolucji przemysłowej dzieci wiejskie, szukające w miastach zarobku, szybko trafiały na ulicę, nie umiejąc sobie poradzić w nowej, obcej rzeczywistości. Ksiądz Bosco był prekursorem nie tylko opieki nad nimi, ale także np. tworzenia związków zawodowych, uwzględniania praw pracowników młodocianych. Zakładał szkoły oraz placówki, które dzisiaj nazwalibyśmy internatami. Intensywnie katechizował. A na początku jego drogi niezwykle poruszyła go wizyta w więzieniu, gdzie ujrzał nieletnich przestępców siedzących z dorosłymi. Uświadomił sobie, że z tych młodych ludzi można by było jeszcze wiele wyciągnąć dobra, gdyby tylko ktoś się nimi odpowiednio zajął. Idąc tym tropem, stworzył prewencyjny system wychowawczy, był prekursorem dzisiejszej profilaktyki. Szedł pod prąd, spierał się ze wszystkimi, szukał rozwiązań, które wyprowadzą młodzież na prosta drogę. Współcześnie wiele trendów i metod w pedagogice bazuje właśnie na dokonaniach księdza Bosco, zwłaszcza na jego koncepcji 5 % dobra.

To znaczy?

 TK: Czyli znalezieniu  w młodym człowieku takiego maleńkiego punktu zaczepienia, na którym można coś zbudować. Nawet w złym jest jakiś przyczółek, te 5% dobra, na którym można zaszczepić wartości. I to była prawdziwa rewolucja w ówczesnej pedagogice, skupiającej się głównie na systemach represyjnych.

Co może być takim punktem zaczepienia?

TK: Cokolwiek. Jest taka anegdota o pierwszym wychowanku księdza Bosco. Nic nie umiał: ani czytać, ani pisać, ani liczyć. Ale umiał – gwizdać. I od tego się zaczęło. Szuka się w młodym człowieku tego, co mógłby w sobie rozwinąć, a co pozwoli mu uwierzyć w siebie i swoje siły. 

 

Rozmawiała:

Renata Zychla

 

Fot. "TN"