Smutne losy Fortu V

Na Naramowicach lat temu » Smutne losy Fortu V

Pan Dawid tropi wojenne pozostałości od ośmiu lat. Napisał do nas po publikacji wykładu pana Adama Szabelskiego o historii Naramowic. Pomyślałam od razu, aby poprosić go o pokazanie drugiego naramowickiego fortu. Opisaliśmy już kiedyś Fort IVa za Wilczym Młynem („TN” nr 19). Fort V od dawna czekał na swoją kolej.

- On nie istnieje – powiedział krótko pan Dawid. – To jest ruina.

Niezwykle interesujące spotkanie otworzyło mi oczy na wiele kwestii. Pan Dawid nie tylko oprowadził mnie po terenie Fortu V, ale także pokazał inne wojenne pozostałości w naszej dzielnicy i jej pobliżu. Ze zdumieniem dostrzegłam obiekty, z których istnienia nie zdawałam sobie sprawy, usłyszałam o faktach, o których nie miałam pojęcia.

Pan Dawid działa w Towarzystwie Historyczno-Fortyfikacyjnym, publikuje swoje odkrycia na Facebooku, przygotowuje się do wystawy znalezionych trofeów. Znają go mieszkańcy Naramowic, zwłaszcza ci starsi, z którymi rozmawia, wysłuchuje ich wojennych wspomnień. Pokazują mu pamiątki, zdjęcia, czasami obdarowują zaskakującymi znaleziskami.

Przez Naramowice przetoczyły się w styczniu i lutym 1945 roku walki o Festung Posen (Twierdza Poznań).  Świadczą o tym choćby liczne ślady po kulach na ceglanym domu, stojącym przy Naramowickiej, na zakręcie w ul. Rubież (na zdjęciu). Takich domów można znaleźć więcej. Zainteresowanym historią walk w tym rejonie, polecam książkę „Pododcinek IV/ Północ” Michała Krzyżaniaka, wydaną w serii „Festung Posen 1945”. Autor stara się możliwie wiernie odtworzyć chronologię wydarzeń, m.in. na podstawie wspomnień uczestników. Oba naramowickie forty – V i IVa były wtedy obsadzone przez Niemców i broniły się.

Teren Fortu V to hektary ciągnące się wzdłuż ul. Lechickiej, na obszarze między Umultowską i Naramowicką. Wchodzimy z panem Dawidem od strony Umultowskiej, za hotelem „Lechicka System”. Niedawno ustawiona tu (dzięki Poznańskiemu Budżetowi Obywatelskiemu) w ramach Poznańskiego Szlaku Fortecznego tablica informacyjna ostrzega: „Obiekt wysadzony i poddany rozbiórce, potencjalnie niebezpieczny. Osobom bez doświadczenia w turystyce fortecznej zalecane jest skorzystanie z przewodnika”. Jak cenna to rada przekonuję się szybko, kiedy mijam kolejne podstępne dziury w ziemi.

Wchodzimy na teren bardzo gęsto zarośnięty. Drzewa, krzaczory, chaszcze. Całe szczęście, że gałęzie są jeszcze bez liści! Ślady po ogniskach, śmieci, ekskrementy. Resztki murów popstrzone napisami, zasypane butelkami i opakowaniami. Widać też, że ten teren bywa koczowiskiem bezdomnych. – Niech pani sama nigdy tu nie przychodzi – ostrzega pan Dawid. On jednak czuje się tu w swoim żywiole, skacze z kamienia na kamień, idzie pewnie i zdecydowanie. Pokazuje po kolei, co gdzie się znajdowało. Gdyby nie jego objaśnienia, wspierane starymi fotografiami i rzutem fortu, prawdę mówiąc, nie widziałabym tutaj nic, co mogłabym związać w jakąś logiczną całość. Fort bowiem, już po wojnie (którą przetrwał, choć zniszczony), został wysadzony, a elementy mogące się mieszkańcom w powojennej biedzie przydać, były rozbierane i zabierane: cegły, ogrodzenie, kraty.

To, co dzisiaj pozostało, jest pozawalane, pozarastane, wszędzie leżą kostropate bloki wyrzuconego eksplozją betonu. Wystaje kilka większych fragmentów ceglanego muru, ginących w ziemi, wiszące stropy, schody… tablica informacyjna wymienia parę ocalałych i widocznych elementów. Ktoś, kto jak pan Dawid, zna się na fortach, ich budowie, kształcie i układzie, jest w stanie dostrzec tu, nazwać i wskazać pewne elementy okazałego przecież niegdyś obiektu. Ja przeżywam wielkie rozczarowanie. W Forcie IVa przy Wilczym Młynie zachowała się sień bramna, można zejść do kilku pomieszczeń podziemnych i mimo że tamten fort również wysadzono, stan jego jest nieporównywalny. A tutaj…

- To narożnik fortu i fosa. Działają tu różne grupy, kopią, niech pani patrzy… - pochyla się pan Dawid. – Szabrownicy. Bez pozwolenia konserwatora nie wolno tak sobie wchodzić i kopać. To nielegalne, no i na własne ryzyko. Teren jest problematyczny. Płytko pod ziemią ciągle leży pełno rzeczy rozsypanych po wybuchu. Gdyby się przejść tędy z wykrywaczem metalu, pikałoby co rusz. Znaleziska trafiają potem na aukcje. Złomiarze też wszędzie kopią i wydobywają, co się da.

Stojąc na jednej ze skarp powstałych po wysadzeniu Fortu V, cofnijmy się w czasie i spójrzmy na jego przeszłość. Tak pisze o niej znany, poznański tropiciel historii pan Leszek Adamczewski: „zbudowany na północnych peryferiach Poznania w latach 1879-1883 jako typowy fort artyleryjski, otrzymał on za patrona ówczesnego szefa niemieckiego Sztabu Generalnego generała Alfreda von Waldersee. Szybki zaś rozwój techniki wojennej pod koniec XIX wieku sprawił, iż już w latach 1887-1889 „piątka” musiała być zmodernizowana. (…) W latach międzywojennych nieużytkowany, został prawdopodobnie zajęty przez miejscową biedotę, która urządziła tu sobie prymitywne mieszkania. Wojsko Polskie zainteresowało się Fortem V na krótko przed wrześniem 1939 roku. Ale przeprowadzony wtedy przegląd dzieł fortecznych dawnego pierścienia poznańskiego wykazał, że nie są one przygotowane do działań obronnych. W pobliżu fortów powstały osiedla lub miejscowości, które – podobnie jak wyrosłe drzewa – zasłaniały przedpole.”

- Pewien mieszkaniec opowiadał mi, że przed samą wojną widział w Forcie V polskie wojsko, ale zaraz na początku wojny się wycofało – opowiada pan Dawid. - Jak przyszli Niemcy, najpierw zrobili tu więzienie, zwozili ludzi z miasta, a potem zaczęli przerabiać Fort i uruchomili fabrykę działek 20 mm. Szła produkcja luf 20 mm, o wadze ok. 30 kg. Półprodukt jest cięższy, bo jeszcze niewytoczony w środku i nie ma uchwytów mocujących do działka. Po parunastu salwach trzeba było odkręcić lufę, żeby się studziła i założyć nową. Pod koniec wojny, już podczas obrony, znajdował się tu też skład amunicji. Tak mi mówił jeden z mieszkańców. Po tym, jak Rosjanie w czasie walk częściowo zniszczyli fort z lewej strony, to składowisko podobno tam zostało. Po wojnie ludzie znajdowali zresztą najróżniejsze rzeczy, a dzieciaki wyciągały amunicję ze skrzynek. Rosjanie atakowali z północy całą falą i drogami takimi jak Umultowska czy Naramowicka. Niemcy stopniowo cofali działa, a  linie ich okopów można zobaczyć do dzisiaj na Google maps. Bronili się tutaj zacięcie, z działami 88 mm, z pancerfaustami, karabinami MG 42, działkami Flak 20 mm, niektórzy wysunięci kilometr przed fort. Szczególnie niebezpieczne dla rosyjskich czołgów okazywały się panzerschrecki – lepsze od pancerfaustów niemieckie granatniki przeciwpancerne, które były użyte na tym odcinku. W czasie budowy piątkowskiego osiedla znajdowano jeszcze tę broń. Przed Fortem V rozbił się też duży samolot lecący na teren przy dzisiejszej Alei Solidarności (hala zeppelinów). Niemcy pochowali lotników razem z innymi obrońcami fortu. Powstał tuż przy nim wtedy mały cmentarz. Po wojnie ekshumowano stamtąd ponad 40 zwłok. 

O sytuacji, w jakiej znalazł się Fort V w połowie lutego 1945 tak pisze pan Krzyżaniak: „…od południa zamknięty był przez blokujące siły rosyjskie, wsparte artylerią, moździerzami i czołgami. Od zachodu dotarli tu pojedynczy żołnierze z obsady Fortu Va. (…) Poprzedniego dnia padł Fort IVa, a Rosjanie silnie obsadzili teren między nim, a Wartą. (…) Decyzję o opuszczeniu zajmowanych pozycji podjął 15 lutego dowódca batalionu tej części Pododcinka „Północ” Oberleutnant Futterer.”

-  Zdobycie Fortu V to najtrudniejszy temat – kontynuuje pan Dawid. – Po wycofaniu się żołnierzy, zostali w nim ranni, bo w czasie walk był tu również szpital. Kiedy wkroczyli Rosjanie, to wszystkich rozstrzelali, a tych ciężko rannych w kazamatach z przodu fortu - spalili. Tak. Oblali benzyną i podpalili. Jak dzieciaki po wojnie tam wchodziły, to widać było kształty leżące z uniesionymi na wyciągach kończynami. Nikt ich nie pochował. Straszne, prawda? Ludzie mi opowiadali, że w latach 50-tych ktoś wyciągnął stąd jeszcze zwłoki Niemca i powiesił na słupie. Sądzę, że to z nienawiści po przeżyciach wojny.

Informacje pana Dawida potwierdza Michał Krzyżaniak w swojej książce: „W Forcie V (…) pozostali jedynie ranni i chorzy, niezdolni do dalszej walki oraz lekarze i personel medyczny. Nie widząc sensu dalszej walki, jak również mając na względzie stan rannych, dowódca fortu lejtnant Nemitz rano go poddał. (…) Rannych, którzy nie byli w stanie poruszać się o własnych siłach i pozostali w forcie, spalono żywcem.”

- Fosę zasypano śmieciami, a cały fort potem, nie wiem w sumie dlaczego, wysadzono i to niefortunnie, bo częściowo; w dodatku wszystko, co w nim było, rozprysnęło się po całym terenie. Do tej pory znaleźć można najróżniejsze rzeczy, pociski, fragmenty wyposażenia. Już prędzej trzeba było po prostu nawieźć ziemi, posadzić drzewa, ale w jakimś porządku i tyle. Jaką wiedzę ma teraz na ten temat konserwator, nie wiem – kończy swoją opowieść pan Dawid.

Pan Rajmund Korcz uzupełnił, że po wojnie cegły z Fortu V (i nie tylko stamtąd, także m.in. z Cytadeli) specjalna firma rozbiórkowa wysyłała do Warszawy w ramach akcji „Cały naród buduje swoją stolicę”. Powiedział nam też o olbrzymiej, ołowianej płycie pancernej przykrywającej część obserwacyjną. Została z czasem dosłownie rozniesiona.

Stojąc na grzbiecie wąskiego i wysokiego przejścia, rozglądam się po zarośniętych, zdeformowanych resztkach tego, co było kiedyś fortem. 

- Panie Dawidzie, a pan co by tutaj zrobił, gdyby miał środki i możliwości? – pytam. – Tak z ręką na sercu. 

Mój towarzysz milczy chwilę zaskoczony, namyśla się. Pytanie nie daje mu spokoju, bo powróci do tej kwestii podczas kolejnej naszej rozmowy. A przecież byli i są tacy, którzy już dawno mieli swoje pomysły na ten obszar. Pan Adamczewski pisze np., że powstała praca dyplomowa o przeznaczeniu terenu fortu na park, odwołujący się do jego militarnej przeszłości. Słyszał o tym również naramowicki radny Michał Kucharski.

Nasuwa się pytanie: co powinno się zrobić z terenem i pozostałościami Fortu V? Stan obecny jest nie do zaakceptowania. Wysadzenie, zresztą nieudolne, zamieniło to miejsce w ponure rumowisko. Reszty dokonały lata zaniedbania i (udawanego?) zapomnienia. Czy dla Fortu jest jeszcze szansa?

 

Renata Zychla

 

Fot. "TN"