Stanisław Rakowski

Ludzie z Naramowic » Stanisław Rakowski

Życie pełne obrazów

O panu Stanisławie Rakowskim powiedziała mi pani Ela Skrzypczyńska z Rady Osiedla: – Pani Reniu, musi pani koniecznie o nim napisać! Kiedy podjeżdżam na rowerze pod szkołę nr 48 przy Sarmackiej, pan Stanisław czeka już na mnie w progu. Pracuje tu od dziewięciu lat, mieszka na Naramowicach – na osiedlu Łokietka. Ujmujący, skromny człowiek o miłym, nieśmiałym uśmiechu. Jest dumny ze swojej życiowej pasji, umiejętności i obrazów.

Przemierzamy korytarz, mijając ostatnie wychodzące ze szkoły dzieci. Pan Stanisław otwiera przede mną kolejne sale, które, za zgodą pani dyrektor, ozdobił wielkimi, ściennymi malowidłami.  Jest ich siedem. Nie spodziewałam się takiego rozmachu: największe ma wymiary 4m na 1,20. Namalowane z wyobraźni pejzaże przedstawiają kwietną łąkę, góry, jeziora. Szczerze podziwiam kolorystykę i odwagę kładzenia barwnych plam przypominających technikę impresjonistów.

 Najnowsze naścienne malowidło powstało w tym roku, w wakacje. Tematyka morska wykorzystuje „naturalne ukształtowanie terenu”, na ścianie w postaci listwy, która zamieniła się w linię horyzontu. Na innym pejzażu czujnik alarmu mruga jako… światło latarni morskiej. Pan Stanisław najbardziej zadowolony jest z łąki, mnie najbardziej podobają się  chyba mariny.

To jeszcze nie koniec prezentacji – wychodzimy ze szkoły i skręcamy do osobnego wejścia do zerówki. Scena z Czerwonego Kapturka! Do zbierającej kwiaty dziewczynki przyjaźnie macha woźnica. Cała niemal ściana to las i łąka w soczystych, zielonych odcieniach. Efekt przepiękny, bo światło z okna pada akurat na tę ścianę, sala wydaje się większa, głębsza, a do tego ma się wrażenie, że „wchodzi” wręcz do lasu. Ilu to wymagało godzin pracy!?

Panie Stanisławie, proszę opowiedzieć, jak to się zaczęło? Wpadł Pan na taki pomysł i poszedł do pani dyrektor?

S.R.: Tak właśnie było. Poszedłem, a pani dyrektor powiedziała, że nie ma nic przeciwko temu – „Niech pan maluje!” I była potem bardzo zadowolona. Dla mnie było też ważne , żeby podobało się wychowawcom, którzy zajmują określone sale. Malując pierwszy obraz, miałem obawy, czy to wyjdzie, czy będzie się podobać. W sobotę skończyłem, a w poniedziałek cała szkoła przyszła oglądać. Było to dla mnie duże przeżycie. Okazało się, że rewelacja, że wszyscy byli zachwyceni. Usłyszałem dużo komplementów i to mnie zachęciło do malowania następnych obrazów. Ja się dobrze czuję w takim formacie. Jak zaczynam malować, to po parę godzin dziennie, zdarzało się nawet po 10 – 12 godzin. Oczywiście robię to bezinteresownie, nie biorę pieniędzy. Po prostu pracuję tu i pomyślałem, że zrobię coś od siebie. Pamiątka po mnie zostanie. Przetrwa spokojnie długie lata.

 W domu też Pan maluje?

S.R.: Tak, ale na płótnie. Martwą naturę, czasem portrety, ale najbardziej lubię pejzaże. Maluję głównie farbami olejnymi, chociaż zdarzają się i akwarele i kredka pastelowa też. Wiele obrazów przeznaczam na prezenty imieninowe albo ślubne. Żona jest zadowolona z mojej pasji, pierwsza ocenia, jak mi wyszło. W domu na ścianach nie malowałem, ale u znajomych tak, na przykład tulipany bezpośrednio na ścianie – bardzo ładnie to wypadło. Fajna sprawa – coś zupełnie innego.

Jest Pan po szkole artystycznej?

S.R.: Nie, jestem samoukiem, nie skończyłem żadnej szkoły plastycznej, ale malarstwo to mój żywioł i moja pasja już od przedszkola. Co najmniej ze trzydzieści lat maluję i nigdy się to nie nudzi. Jak tylko poczuję wenę, zaraz zaczynam malować. To mnie wewnętrznie uspokaja, daje odprężenie,. Powiem nawet więcej – życie staje się łatwiejsze, człowiek nie myśli o problemach i kłopotach, tylko skupia się na tym, co robi. Ucieka od rzeczywistości. Pracę zawodową też związałem z moja pasją.  Przez 13 lat pracowałem w Teatrze Wielkim. Robiłem dekoracje do różnych przedstawień. Specjalna malarnia znajdowała się na górnym piętrze i tam malowało się kostiumy, buty specjalnymi farbami, rekwizyty. Była też modelarnia, w której robiono różne rzeczy z żywicy, przyjeżdżały zamówione surowe dekoracje drewniane i też trzeba je było pomalować. Nie tylko to robiłem. Przygotowywało się też wielkie panoramy, na przykład Wenecji  - 10 na 15 metrów. Żeby rozrysować wzór w powiększeniu, ze szpagatu robiło się kratę na wielkiej płaszczyźnie, co pół metra wbijało się gwoździe, potem na tę siatkę kwadratów przenosiło się każdy element ze wzoru i tak powstawał wielki krajobraz. Potem pracowałem w „Okrąglaku” jako dekorator. Co dzień robiło się coś innego, nic się nie powtarzało. Robiłem wystawki na każdym piętrze, przygotowywałem wysepki eksponujące towar, na każdym piętrze musiała być dekoracja. Robiliśmy okolicznościowe transparenty, na przykład na święta – kiedyś wszystko ręcznie się pisało. Kiedy „Okrąglak” został rozwiązany, nie udało mi się już znaleźć tego typu pracy, jaką wykonywałem, ale tutaj w szkole też mogę wykorzystywać moje zdolności. Pomagam przy różnych szkolnych świętach, robię wtedy dekoracje i montuję na sali gimnastycznej, więc w jakimś stopniu kontynuuję to, czym się zajmowałem. Mam już parę nowych pomysłów na zagospodarowanie korytarza. Na razie namalowałem tam patrona szkoły – generała Oswalda Franka.

Bliski jest Panu szczególnie jakiś kierunek w malarstwie? Albo artysta?

S.R.: Moje obrazy to nie jest malarstwo w jednym kierunku. Są zbliżone do impresjonizmu, ale ja jestem otwarty. Mam swoich ulubionych malarzy, oglądam albumy i jest to dla mnie wielką frajdą. Chodzę do muzeum. Lubię Moneta, Van Gogha, Szyszkina. Iwan Szyszkin to rosyjski malarz – realista, nawet powiedziałbym hiperrealista, bo malował z wielką dbałością o szczegół. Z polskich malarzy lubię Podkowińskiego i Pankiewicza. Czasami wykonuję kopie znanych dzieł, tak żeby spróbować, chociaż najbardziej lubię swoje obrazy autorskie. Krajobrazy maluję nie tylko z wyobraźni, ale też w plenerze.

Cieszę się, że dzieci i rodzice widzą moje obrazy. Jak przedszkolaki przychodzą z wycieczką, to też oglądają. Takie obrazy powinny być we wszystkich szkołach, przedszkolach i szpitalach, bo uspokajają i odprężają. Może inne szkoły zaczną nas naśladować? Teraz chyba żadna nie ma czegoś takiego, jak my.

A namalowałby im Pan coś?

S.R.: Czemu nie? Pewnie!

Po rozmowie pan Stanisław poprosił o zamieszczenie podziękowań:

Serdecznie dziękuję mojej Żonie za motywację i cierpliwość, Pani Dyrektor Małgorzacie Maćkowiak i Pani Dyrektor Renacie Kubiak - Fiołce za umożliwienie mi realizacji mojej życiowej pasji.

 

Rozmawiała: Renata Zychla