Wiedziałyśmy, że będzie ciężko... (z "TN"75)

Strona Główna » Wiedziałyśmy, że będzie ciężko... (z "TN"75)

 

Ich zawodem jest uczenie dzieci, a jednak zdecydowały się „budować”. Przyszło im uczestniczyć w żmudnych, długotrwałych i nieznanych procesach: pozyskiwania funduszy, projektowania, ekspertyz, kontroli, przechodzić gehennę tymczasowości, kiedy rozbudowa trwała, a rok szkolny się rozpoczął. Musiały stawić czoło nie tylko utrudnieniom szkolnego życia, ale także krytyce. Tablica na budynku Szkoły Podstawowej nr 48 przy ul. Sarmackiej 105, informująca o rozbudowie ze środków unijnych, nic nie powie o faktycznych rozmiarach pracy, która za tym stoi. Dzisiaj chcę o tym porozmawiać z „budowniczymi” – panią dyrektor Renatą Kubiak – Fiołką (na zdj. z lewej) oraz panią wicedyrektor Aliną Koziarską (na zdj. z prawej). Stanowią zgrany duet.

 - Tak z lotu ptaka – jak to wszystko się działo?

Renata Kubiak-Fiołka: Kiedy krótko po wyborach prezydent Jaśkowiak został tu zaproszony przez Radę Osiedla Naramowice, rozpoczęły się rozmowy dotyczące rozbudowy obu placówek – naszej i Przedszkola „Pszczółki”. Po wizycie prezydenta bardzo szybko otrzymaliśmy od miasta zgodę na wieczystą dzierżawę dwóch sąsiednich działek, dzięki czemu było już na czym budować. Zostałam zaproszona do Wydziału Oświaty na rozmowy. Okazało się, że jest grupa ludzi chcąca pomóc. Najpierw, po wizycie wiceprezydenta Wiśniewskiego i członków Rady Osiedla, którzy oglądali naramowickie placówki, wiosną 2015, jeszcze z poprzednia panią dyrektor- Małgorzatą Maćkowiak złożyłyśmy projekt do Budżetu Obywatelskiego, niestety nie przeszedł. Wtedy już było wiadomo, że zmieni się system oświaty, a to oznaczało dla naszej szkoły, po dodaniu klasy siódmej i ósmej, perspektywę pracy na trzy zmiany. Ale pojawiło się zielone światełko, kiedy przyszły do nas radne: Anna Wachowska-Kucharska i Elżbieta Skrzypczyńska, które były już po różnych rozmowach, m.in. z panem dyrektorem WO Foligowskim , panem Kurosińskim oraz wiceprezydentem Wiśniewskim i powiedziały, że można spróbować wystąpić o środki unijne. To już była dla nas nadzieja. Po spotkaniu w Wydziale Oświaty rozpoczęłam współpracę z architektem, panem Marcinem Saksonem. Musiałam stworzyć Dokument Inicjujący Projekt – harmonogram prac, wydatków, terminów; nie miałam bladego pojęcia, jak to się robi, ale pan Janusz Nowacki i Marta Pietruczuk z  Wydziału Oświaty Urzędu Miasta mi pomogli. Oprócz nowych sal, trzeba było pomyśleć o ich funkcji i wyposażeniu. Wiceprezydent Wiśniewski zainicjował spotkania z Biurem Koordynacji Projektów przy UM z panem Grzegorzem Kamińskim (wówczas wicedyrektorem)i Krzysztofem Wawronem . Zaczęła się żmudna praca przy tworzeniu kolejnego dokumentu - Planu Funkcjonalno-Użytkowego. Zostaliśmy poproszeni z panem Saksonem na Plac Kolegiacki, aby przed tzw. Komitetem Sterującym przedstawić nasz zamysł.  Zupełnie nie wiedzieliśmy, jak to będzie wyglądało, coś mi świtało, że to może być coś ważnego, ale nie miałam pojęcia, w jakiej formie się odbywa. W nocy siedziałam i przygotowywałam jeszcze prezentację. Było to spotkanie  - teraz już jestem świadoma – dyrektorów wszystkich wydziałów oraz osób zarządzających. Grono to decyduje, które inicjatywy mogą przejść dalej i mają zasadność, żeby poddać je pod głosowanie Rady Miasta. Najwyraźniej byliśmy z panem Saksonem przekonujący, bo nasz pomysł zatwierdzono. Potem, już razem z Alą, uczestniczyłyśmy w sesji Rady Miasta. Zanim tam poszłyśmy, miałyśmy spotkanie z Komisją Oświaty i zaprosiłyśmy do szkoły przewodniczącego pana Aleksandrowicza… 

Alina Koziarska: … żeby zobaczył, jak tu pracujemy, a pracujemy przecież także z dziećmi niepełnosprawnymi. Pan Aleksandrowicz był pod wielkim wrażeniem, powiedział, że robimy tutaj „dobrą robotę” i że on jest za, ale oczywiście trzeba przekonać całą Radę Miasta. Wystąpienie pani dyrektor było tak przekonujące, że Rada Miasta przy jednym wstrzymującym się głosie wyraziła zgodę na rozbudowę! Kolejnym krokiem było przekonanie Komisji Finansów, której przewodniczącym był pan Różański. To był punkt zwrotny, bo gdyby Komisja Finansów nie wyraziła zgody, projekt by upadł. 

RK-F: Już wtedy trzeba było mieć oszacowane, ile środków oczekujemy od miasta, a ile unijnych. Potem należało stworzyć Plan Funkcjonalno Użytkowy – przygotowywał go architekt pan Sakson, z którym rozliczał się Wydział Oświaty. Następnie przeprowadzić badania geologiczne gruntu i szereg innych czynności. Osobną kwestią było przygotowanie Studium Wykonalności, bo żeby startować w konkursie o środki unijne (dla wtajemniczonych - 9.3.3), musi powstać projekt komplementarny, tzw. miękki. W międzyczasie robiłyśmy diagnozę warunków szkolnych i zbierałyśmy z wszystkich urzędów potrzebne zaświadczenia i decyzje.

AK: Najgorsza w tym wszystkim była presja czasu. Sprawy się odwlekały, bo dokumenty leżały w urzędach. Od nas z kolei oczekiwano przygotowania różnych rzeczy „na wczoraj”, co wymagało szybkich działań i odkładania wszystkiego innego na bok.

RK-F: Ostatnio, kiedy mieliśmy tu wizytę pana K. Wawrona  (był on kierownikiem Oddziału ds. Projektów i Funduszy Europejskich Biura Koordynacji Projektów i Rewitalizacji Miasta) przypomniałam mu, jak zadzwonił do mnie akurat jak jechałam na rynek po żurek na Wielkanoc. Trzeba było pilnie zmienić coś w jakimś dokumencie i mu odesłać, żeby Urząd Miasta miał to zaraz po świętach. Powiedział mi: „Ten żurek może poczekać, a jak wszystko się uda, będzie go Pani zawsze wspominała.” No i musiałam szybko z tego rynku wrócić, uzupełnić, co trzeba i wysłać panu Wawronowi. Życie rodzinne prawie wtedy nie istniało. Rozstrzygnięcie konkursu o środki unijne miało nastąpić w październiku. Jednak czekaliśmy dłużej, nie wiedząc co się dzieje, a chodziło o wejście ustawy o zmianie struktury szkolnictwa. Wreszcie, 30 marca 2017, przyszła informacja, że nasz wniosek został zatwierdzony. To była taka radość, że.. nie wiem… dosłownie unosiłam się nad ziemią. Naprawdę wielka radość. Ala tak samo się cieszyła. To była jedyna szansa na to, żeby szkoła przetrwała, bo już były pomysły różne… To było być albo nie być dla naszej placówki. Procedura uwolnienia przyznanych środków też była długa, w dodatku wstrzymana na jakiś czas, bo inne szkoły się odwoływały. Dopiero we wrześniu 2017 Poznańskie Inwestycje Miejskie mogły ogłosić przetarg na rozbudowę, a miesiąc później została wyłoniona firma Wegner.

AK: Ale naprawdę zaczęło się dziać, kiedy rozpoczęto prace, podczas gdy szkoła funkcjonowała. Remont zaczynano od piwnic. Przedtem pani dyrektor spotkała się z Radę Rodziców, odbyła się specjalna rada pedagogiczna, wszystkim przedstawiono harmonogram prac, przygotowany przez firmę Wegner. Brały w tym udział również radne naramowickie. Wiedziałyśmy, że będzie ciężko, ale nie sądziłyśmy, że aż tak ciężko… Kiedy zabierano nam kolejne sale lekcyjne, wynajęłyśmy kontenery, bo przecież lekcje musiały się normalnie odbywać. W jednym nawet prowadzona była wtedy stołówka, a jeden był… salą gimnastyczną, a raczej salką. Był to trudny okres. Bardzo dziękujemy w tym momencie za wsparcie rodziców, którzy widzieli ten wysiłek i to, że idzie ku lepszemu, choć wiadomo, że byli również tacy, którym tej wyrozumiałości brakowało. Każda kolejna rzecz, którą udawało nam się przejść, przynosiła ulgę, że jakiś etap jest już zakończony. 

RK-F: Na niektóre rzeczy się nie zgadzałam, mając na uwadze bezpieczeństwo dzieci. Robotnicy nie rozumieli, że różnych rzeczy nie wolno, że tu jest inaczej niż na zwykłej budowie. Wciąż zapraszałyśmy panią inspektor bhp i strażniczkę miejską, żeby zobaczyły, czy wszystko jest jak należy. Na przykład kiedy były stawiane kontenery, trzeba było zabudować luki pomiędzy kontenerami a  blokami betonowymi, żeby żadne dziecko tam nie weszło. Normalnie się tego nie robi. Istotne sprawy dla ciągłości prac i bezpieczeństwa omawiałyśmy na cotygodniowych naradach budowlanych z przedstawicielami inwestora i wykonawcy. 

AK: Wyprowadzka całej szkoły po zakończeniu roku to już w ogóle było mistrzostwo świata. O tym się teraz łatwo opowiada…

RK-F: Inne szkoły, które w tym roku czeka podobny problem, czyli wyprowadzka sprzętów, dzwonią do nas, żeby się poradzić. Jak zaczynamy im opowiadać, skąd brać kartony i kontenery, co jak pakować, że trzeba rozkręcać meble, zadbać, żeby żaden element nie zginął, to są zatrwożeni. Pierwszym wyzwaniem było oczywiście ustalić, dokąd wywieźć „zawartość” szkoły i gdzie przechować. Ponadto należało obliczyć dokładnie, ile musimy zamówić kontenerów na śmieci, czyli stare, zniszczone meble, zużyty sprzęt. Miejsce udostępniły nam szkoły: nr  34 ,35 i nr 60,  a także ksiądz Mieczysław Nowak – wtedy proboszcz naramowickiej parafii. A kto nam to pakował i nosił? My wszyscy to robiliśmy. Nauczyciele, pracownicy obsługi. Szkoda że z tamtego czasu nie mamy zdjęć. W dodatku wciąż ciążyła na nas wielka presja terminów, odpowiedzialności, zmagałyśmy się z krytyką i pretensjami. Przypominam sobie dokładnie ten moment w dniu zakończenia roku szkolnego, jak byłyśmy już kompletnie wypompowane, bo po uroczystości do 19.00 wywoziliśmy meble… 

AK: Nawet dłużej byśmy to robili, ale panowie, którzy je przewozili, powiedzieli, że kończą, bo mają weekend. A tu na plecach siedzą nam już pracownicy firmy Wegner, którzy chcą wchodzić i rozwalać ściany. Co zrobić z tym, co jeszcze zostało?

RK-F: To, czego nie wywieziono, przenosiliśmy do kontenerów z naszymi pracownikami gospodarczymi, bo nauczycieli już nie było, a potem kupiliśmy sobie pizzę i usiedliśmy na podłodze.

AK: Administracja szkoły działała latem dzięki uprzejmości pani dyrektor Beaty Nowickiej, która udostępniła nam małą salkę u siebie w przedszkolu. Tam funkcjonował nasz sekretariat.

RK-F:  I tam właśnie zatrudnialiśmy nowych pracowników. Zwiększyła się przecież liczba oddziałów, potrzebowaliśmy nauczycieli.

AK: To był bardzo trudny czas. Myślałyśmy, że po wakacjach będzie koniec z kontenerami, a tu nastało upalne lato i okazało się, że nie wszystkie prace idą w tempie założonym przez wykonawcę, ponieważ nie pozwalały na to temperatury. Pracodawcę przepisy prawa pracy obligują do zapewniania pracownikom częstszych przerw w tych warunkach. I niestety, okazało się pod koniec sierpnia, że musimy wrócić do kontenerów.

RK-F: To też wymagało szybkich działań, telefonów do Wydziału Oświaty, inspektora z PIM-u i decyzji dyrektora Foligowskiego, który na szczęście rozumiał naszą sytuację. A jeszcze należało załatwić fundusze na wynajem kontenerów i zorganizować przeniesienie rzeczy przechowywanych w udostępnionej nam przez SP 60 sali gimnastycznej, którą przecież do końca wakacji trzeba było opróżnić.  Wtedy również egzamin z odpowiedzialności i oddania się szkole zdali nauczyciele i pracownicy obsługowi. Przez dwa dni robocze  zwieźliśmy i rozładowaliśmy, a w sobotę i niedzielę przed rozpoczęciem roku szkolnego rozpakowaliśmy, wyposażając klasy meblami i pomocami dydaktycznymi, cały wywieziony ze szkoły sprzęt. Na 1 września wykonawcy udało się oddać 9 nowych sal lekcyjnych plus zaraz potem dwie, reszta zajęć odbywała się nadal w kontenerach. Rodzice nie rozumieli tych przesunięć terminów, denerwowali się, winili nas.

AK: Mówili, że naszym obowiązkiem było dopilnować. Zapominano, że to nie my jesteśmy inwestorem, tylko Poznańskie Inwestycje Miejskie, że nie my decydujemy. Z kolei Biuro Koordynacji Projektów odpowiadało za wyposażenie, a też my zbierałyśmy cięgi, dlaczego jeszcze nie dotarło. Ten czas kosztował wiele zdrowia nas wszystkich. 

RK-F: Momentami było tak ciężko, że zastanawiałyśmy się, po co nam to było. Przecież dla siebie tej szkoły nie rozbudowujemy… A jednak szłyśmy dalej, przyświecała nam idea, że jednak robimy coś trwałego, co zostanie na lata. W pewnym momencie podczas rozbudowy pojawiła się szansa na pozyskanie z ministerstwa środków na dodatkowe wyposażenie. Czasu było mało - kilka dni, ale przygotowałyśmy wszystkie dokumenty i dostałyśmy – uwaga - 99 tysięcy na meble i sprzęt! 

-Pora powiedzieć, co przybyło szkole dzięki rozbudowie?  

RK-F: Mamy z prawdziwego zdarzenia gabinet dla pielęgniarki szkolnej, większą bibliotekę, a to ważne miejsce dla dzieci, bo nie tylko tam wypożyczają, ale mogą też odpocząć, miło spędzić czas w aurze książek, posłuchać głośnego czytania, które się tu odbywa. Mamy wspaniałą salę gimnastyczną, sale lekcyjne po drugiej stronie, 5 komfortowych sal z prawdziwego zdarzenia – ponad czterdziestometrowych. Piękne łazienki, sanitariaty, nowoczesne wyposażenie.

AK: Z mojego punktu widzenia, a jestem absolwentką tej szkoły, mogę powiedzieć, że jestem dumna, że ta moja mała szkółka, którą uwielbiałam i z której pójście do „jedynki” było szokiem, bo z przytulnego kąta trafiłam do molocha, tak się zmieni. Nigdy nie sądziłam, że przyjdzie mi uczestniczyć w takim projekcie. Wprost nie mogę nacieszyć się tym, jak szkoła dzisiaj wygląda. Ja się w ogóle tak zżyłam z tą okolicą, bo od urodzenia jestem związana z Naramowicami, że nigdy nie chciałabym donikąd się wyprowadzać. Ani stąd, ani z Poznania.

RK-F: Ja też mieszkałam na Naramowicach i do dzisiaj uważam ten czas za wspaniały w moim życiu: dzieciństwo, poczucie bezpieczeństwa, ukochana babcia… To były piękne lata mojego rozwoju. Do dzisiaj  zresztą czuję się tutaj dobrze, chociaż teraz jestem mieszkanką Piątkowa. 

-Nowa piękna szkoła już jest. A co się w niej  ciekawego dzieje?

RK-F: Weszliśmy do projektu „Nowe szanse edukacyjne dla uczniów niepełnosprawnych o specjalnych potrzebach edukacyjnych”, który zwiększa ich możliwości, ponadto realizujemy dwuletni  projekt „Cyfrowa szkoła”. Będziemy prowadzić telekonferencje z innymi placówkami. Naszym marzeniem jest nawiązanie kontaktu z zagraniczną szkołą, najchętniej niemiecką, żeby dzieci mogły rozwijać swoje kompetencje językowe i żeby to była placówka podobna do naszej, czyli o charakterze integracyjnym, stosująca m.in. plan daltoński oraz metodę Montessori, które są u nas wykorzystywane. Uważam, że jako szkoła dajemy naszym dzieciom możliwość dorastania i uczenia się według własnej ścieżki rozwoju, a jednocześnie na miarę możliwości, jakie daje XXI wiek. Aktualnie mamy 310 uczniów.

-Czy łatwo być dzisiaj dyrektorem? Pytam w kontekście ostatnich wydarzeń w oświacie…

RK-F: Odniosę się słów pani Alfredy Serby, która była tu kiedyś dyrektorką. Z jej wspomnień wynika, że dawniej ta praca wyglądała inaczej. Dyrektor mógł liczyć na wsparcie, zarazem zachowując w różnych sprawach większą samodzielność. W tej chwili jest odpowiedzialny za każdą rzecz i sprawę: od śrubki poczynając, na wielkich remontach kończąc. A do tego znajduje się pod obstrzałem ze wszystkich stron. Podobała mi się sentencja, którą wyczytałam gdzieś ostatnio, Roberta de Niro, że źle o nas mówią tylko ci, którzy nie mają do powiedzenia nic dobrego o sobie.

AK: Życiowe…

RK-F: Myślę, że ta myśl może być impulsem do działań dla tych, którzy mimo wszystko chcą coś zrobić dla innych…

Rozmawiała: Renata Zychla