Wojenna „zbieranka” na Naramowicach

Na Naramowicach lat temu » Wojenna „zbieranka” na Naramowicach

  • Rysio z siostrą w r.1940
    Rysio z siostrą w r.1940
  • Dom rodzinny Czarneckich przed wojną
    Dom rodzinny Czarneckich przed wojną

Czasy wojennego dzieciństwa wspomina Ryszard Czarnecki.

  - Z roku na rok było coraz głodniej, coraz nędzniej. Nasza rodzina miała ogród na Głównej, ale wkrótce nie mogliśmy z niego korzystać, bo Niemcy powiedzieli tak: „Wszystko co się zbiera z drzew, jest niemieckie”.

- Nawet z takiego przydomowego ogrodu??

- Nawet. Przychodził Treuhander i wszystko z drzew zabierał. Natomiast nasz ogród, żeby poróżnić Polaków, podzielili, dali po dwa zagoneczki nam i wszystkim lokatorom domu. Coś okropnego, jak można było ludzi skłócić. Sam byłem świadkiem, jak się brano do toporków, żeby się pozabijać o jakąś tam marchew. „Ty mi skradłeś to, a ty mi to, ty mi owo”. Niewyobrażalna rzecz. Bardzo to tak sprytnie i złośliwie zostało wymyślone. W 1943, a miałem wtedy osiem lat, zacząłem chodzić z innymi chłopakami na „zbieranki”. Na czym to polegało? Wychodziło się na okoliczne pola, gdzie zboże było już skoszone i zebrane, ale gdzie zawsze jakieś kłosy jeszcze leżały. Nie da się przecież zebrać wszystkiego, co do jednego. Te leżące kłosy się zbierało, a podstawowym atrybutem małego poszukiwacza skarbów był woreczek, ale nie taki normalny, szeroki, tylko wąski worek w kształcie kiszki, który łatwo przerzucało się sobie na kark. Każdy chłopiec chodził z taką „kiszką”, zawsze musiał ją mieć przy sobie. I tak chodziliśmy razem i zbieraliśmy kłosy żyta, pszenicy... A jak się skończyło zbieranie zboża, to zaczynały się wykopki. Mimo że ziemniaki były już wybrane, a  pola puste, to zawsze jeszcze się parę cennych ziemniaków znalazło. W 43 roku niewiele tego wykopałem, ale w 44 to już miałem osiągnięcia, bo pamiętam dokładnie, że przyniosłem w sumie 54 kilogramy żyta! Zawsze ważyłem i podliczałem moje zbiory. Ziemniaków ze „zbieranek” przyniosłem do domu w sumie 250 kilogramów! Chodziliśmy nawet do Kicina, ale chłopacy mówili, że dużo jest zawsze na polach naramowickich.

Na Naramowice przeprawialiśmy się łodzią. Mostu łączącego je z Główną nie było. Od lat przedwojennych na drugi brzeg przeprawiał ludzi swoją łodzią przewoźnik. W czasie wojny też normalnie pracował. Na łódź mogło wejść tak do 20 osób. Jednego razu, jak się przeprawiliśmy, a musiał to już być późny październik, wszystko na polu było już do cna wybrane. Rozglądamy się, szukamy - coś tam jeszcze zostało, jakieś głąby, jakieś kawałki starego kalafiora, marchew… Zaczęliśmy naszymi dziabkami dziabać i do worka, i do worka. Przy tej zajadłej pracy nie zauważyliśmy, jak podeszliśmy za blisko pod Naramowicką. Nagle ni stąd ni zowąd wybiega Niemiec, wrzeszczy - my wszyscy w nogi! Ja tak uciekałem, że się wysforowałem naprzód. I wtedy, słyszę, padają strzały! Pach, pach, pach! Nie trafił. Nie wiem, czy strzelał w powietrze, czy w nas, nie wiem. Z tego wszystkiego zgubiłem – i kiszkę i dziabkę. Jak dopadliśmy krzaków, tośmy się rozpierzchli jak pchły, ukryli w tych krzakach, czekali, co dalej. Jakoś się uspokoiło, więc podeszliśmy do przeprawy, mówimy sobie - chrzanić tam, byle skórę wynieść całą. Ale po chwili pożałowałem. Moje narzędzia pracy! I wróciłem, bo kiszka i dziabka zbyt były dla mnie cenne…

Wspomnień wysłuchała Renata Zychla